niedziela, 6 sierpnia 2017

Dlaczego "Filokalia"?


   Dlaczego warto czytać "Filokalię"? Dlaczego w ogóle warto sięgać do tekstów, bardzo często anonimowych mnichów, z zamierzchłej przeszłości?
  Na tak postawione pytania trudno znaleźć jednoznacznie brzmiące odpowiedzi. Napisano na ten temat setki stron, udzielano  odpowiedzi naukowych, emocjonalnych,  odpowiedzi zachęcających do lektury, ale także i wyśmiewających.
  A jaka jest w takim razie moja odpowiedź? Krótka i znalazłem ją tekście  przypisywanym Izajaszowi Anachorecie:

   16. Ten, kto nie znajduje  pomocy w trakcie wojny, nie powinien też pokładać ufności w pokoju.

  Ten, kto nie rozwija się,  kto nie walczy z przeciwnościami, ten kto poddaje się  biegowi wydarzeń i znajduje usprawiedliwienie dla swojego lenistwa, ten nigdy nie znajdzie spokoju, gdyż tak jak pisze w innym miejscu Izajasz:

   11. Demony w swojej przebiegłości oddalają się na jakiś czas, a wtedy człowiek puszcza swoje serce samopas, myśląc, że osiągnął już spokój".

    Warto więc sięgać do tych starożytnych tekstów,zwłaszcza że ich wymowa staje się zwłaszcza dzisiaj, wyjątkowo aktualna. Z powrotem trzeba bowiem obudzić aktywność duchową społeczeństwa, a zwłaszcza zapominającej o swoich korzeniach cywilizacji zachodniej. Tym, co może z powrotem pomóc jest uświadomienie sobie wartości słów zapisanych przez w Dekrecie o Ekumenizmie przez ojców Vaticanum II:

  "...Toteż jest wskazane, by katolicy dużo częściej sięgali po te duchowe bogactwa Ojców wschodnich, które wznoszą człowieka całkowicie ku kontemplacji rzeczy Bożych.  Niech sobie wszyscy uświadomią, że dla wiernego strzeżenia pełni tradycji chrześcijańskiej i dla pojednania chrześcijan wschodnich z zachodnimi niesłychanej wagi jest zapoznanie się, uszanowanie, poparcie i podtrzymanie przebogatej spuścizny liturgicznej i ascetycznej Wschodu". - DE 15.

  Właśnie "Filokalia" są częścią, i to niezwykle istotną częścią, spuścizny ascetycznej Wschodu. Bez powrotu do tej spuścizny, do jej bardziej bezpośredniego wpływu na nasze życie grozi nam powolne usychanie. Bardzo wyraźnie mówił o tym papież Franciszek,  zaledwie trzy lata temu,  przemawiając na forum Rady Europy:

    "Jeśli utracone zostaną korzenie, pień powoli staje się pusty w środku i umiera, a gałęzie – niegdyś bujne i proste – chylą się ku ziemi i opadają. Na tym polega być może jeden z najbardziej niezrozumiałych paradoksów wyizolowanej mentalności naukowej: aby zmierzać ku przyszłości potrzebna jest przeszłość, konieczne są głębokie korzenie, potrzebna jest także odwaga, by nie ukrywać się przed chwilą obecną i jej wyzwaniami. Potrzebna jest pamięć, odwaga, zdrowa i ludzka utopia - przekonywał papież."

  Potrzebna jest nam przeszłość, pochylenie się nad dziedzictwem przeszłości i, co chyba jest najważniejsze, zrozumienie tego, o czym nam dzisiaj mówi.

   O tym jak bardzo zdezaktualizowały się w naszych czasach zawzięte spory teologiczne i liturgiczne
z przeszłości, jak inaczej teraz spoglądamy na dokumenty historyczne i jak inaczej je teraz odczytujemy - niech przykładowo świadczy wspólny komunikat papieża Jana Pawła II i katolikosa ormiańskiego Karekina II podpisany w Rzymie 9 XI 2000r.
    Przypomnę, że katolikos jest zwierzchnikiem kościoła ormiańskiego który od czasu synodu w Dwinie odbytego - uwaga!! 21 marca 555 roku - usamodzielnił się i zerwał łączność zarówno z Konstantynopolem jak i Rzymem. Czyli przez 1500 lat był określany jako "schizmatycki" a mimo to, oto co czytamy w tym komunikacie:

"Uznajemy także, że zarówno Kościół katolicki, jak i Kościół ormiański posiadają
prawdziwe sakramenty, nade wszystko zaś - na mocy apostolskiej sukcesji biskupów
- kapłaństwo i Eucharystię (...) Kościół katolicki i Kościół ormiański są
spadkobiercami długiej historii wzajemnego szacunku i uważają, że ich ODMIENNE
TRADYCJE TEOLOGICZNE, LITURGICZNE I KANONICZNE NIE SA SPRZECZNE, ale raczej
wzajemnie się uzupełniają" - cyt. za Osservatore Romano polskie wydanie 2001 nr 3, s.24.
 Podkreśliłem właśnie dużymi literami te jakże znamienne słowa. Historia zatoczyła koło, słowa które jeszcze 100 lat temu byłyby nie do pomyślenia dzisiaj padają z ust zwierzchników dwóch Kościołów - a jednocześnie każdy z nich pozostaje przy swojej wielowiekowej tradycji które nie są sprzeczne, one uzupełniają się.
   Tak więc nie uważam, aby problemem było odkrywanie naszej przeszłości i czasem nowa interpretacja wydarzeń historycznych i sporów teologicznych. O tym zawsze trzeba rozmawiać, tym bardziej, że nie są to kwestie dogmatyczne.

  Wystarczy przecież tylko uzmysłowić sobie, że ekumenizm nie jest odkryciem naszych czasów. Zawsze istnieli zwolennicy dialogu religijnego - tylko ich głos był zbyt nikły i cichy, a wystarczyło chociażby przeczytać słowa Ormianina żyjącego w XII wieku - Nersesa z Lambronu .który tak pisał:

"Jeśli o mnie chodzi - Ormianin jest jak łacinnik, łacinnik jak Grek, Grek jak
Kopt, Kopt jak jakobita (...) Dzięki łasce Chrystusa łamię wszystkie dzielące
nas bariery, dzięki temu moje dobre imię sięga Kościołów - łacińskiego,
greckiego i jakobickiego, jak również do Armenii, gdyż pozostaję niewzruszony
pośród nich, nie skłaniając się ku ich partykularnym tradycjom" - cyt. za K.
Sopka - Armenia Christiana, s. 294 - Kraków 2002.

Temu właśnie ma służyć znajomość Tradycji, poznaniu i uzmysłowieniu sobie jak bardzo różnorodne jest chrześcijaństwo. Tradycja ma służyć wszystkich wierzących a nie tylko jak pisał ten żyjący 800 lat temu Ormianin "partykularnym tradycjom".

  Dzisiaj, coraz bardziej odczuwamy, jak bardzo niewłaściwe są "partykularne interesy", jak bardzo potrzebna jest nam jedność i powrót do źródeł. Świat zmienia się na naszych oczach i tym bardziej potrzebuje odnowy, gdyż  zbyt łatwo ulegamy złudzeniu względnej stabilizacji, a tym samym szybko możemy ulec "trzyrogiemu demonowi" - "żarłoczności, próżności i nieczystości" o czym tak przejmująco pisze Jan Klimak  w "Drabinie raju":

   Rozdział 27/B 44 "Pewnego razu siedziałem w swej celi, pogrążony w lenistwie. Zamierzałem zrezygnować i myślałem o opuszczeniu celi. Wtedy przyszli do mnie jacyś mężowie i zaczęli błogosławić mnie jako hezychastę. Duch lenistwa ulotnił się natychmiast, przegnany przez próżność, ja zaś zdumiałem się, z jaką szybkością i łatwością trzyrogi demon rozprawił się z pozostałymi duchami".

  Niesłychanie łatwo ulec wszelkim możliwym złudzeniom jakie podsuwa nam świat i dlatego warto nieustannie pamiętać o ostrzeżeniu jakie możemy znaleźć w traktacie Izajasza Anachorety:

  20. Bracie! Przypatruj się sobie codziennie, badaj swoje serce, czy jest w nim jakaś namiętność w obliczu Boga? I wyrzuć ją  ze swojego serca, aby nie zapadł na ciebie ciężki wyrok".

   A przecież, zawsze, nawet w obliczu największego zagrożenia, nawet wtedy gdy opuszczają nas siły i może wydawać się, że nie jesteśmy w stanie poradzić sobie ani z własnymi słabościami, ani z zagrożeniami zewnętrznymi, i gdy górę bierze lenistwo - warto pamiętać, że:
  "..we wszystkim, co czynisz, trzymaj się Boga, ponieważ przygląda się każdej twojej myśli, a nigdy nie będziesz grzeszył. Jemu chwała na wieki. Amen." - tak brzmią ostatnie słowa traktatu Izajasza Anachorety.  Niesłychanie proste słowa, ale słowa które niosą jakże pozytywne przesłanie. Takie właśnie słowa są korzeniami naszej cywilizacji i na nich budowano przyszłość, zwłaszcza wtedy gdy  wydawało się, że świat zginie w ogniu pożarów.

    Nauka lubi porządek, a już zwłaszcza ludzie o poglądach racjonalistycznych nieustannie podkreślają potrzebę dokładności. Problem polega na tym, że taka dokładność nie zawsze jest możliwa, bo jak tak naprawdę określić kiedy w dziejach świata kończy się jedna epoka a zaczyna następna? Ale w szkołach wymaga się jednak podawania konkretnych dat. I tak najczęściej przyjmuje się, że koniec starożytności wyznacza kres panowania ostatniego rzymskiego cesarza Romulusa Augusta czyli rok 476. I jeszcze jedna, znamienna data ,ważna dla nas - data powstania Unii Europejskiej związana z tzw. deklaracja Schumanna czyli rokiem 1950.

Tylko, czy tak naprawdę, są to daty które warte są zapamiętania? Czy koniec Imperium Romanum a tym samym koniec starożytności to data abdykacji ostatniego, marionetkowego cesarza?

Przenieśmy się za pomocą wyobraźni nad Ren w okolice dzisiejszej Moguncji. Oto zimowy, mroźny dzień 31 grudnia 406 roku. Na granicy rozciągającej sie wzdłuż liczącego ponad 1000 km Renu stoją liczne strażnice strzeżone przez legiony rzymskie. Za rzeką ciągną się nieprzebyte puszcze - dzika kraina zaludniona przez barbarzyńskie plemiona. Ale tej mroźnej nocy na rzymską Galię runęły zastępy trzech plemion germańskich Wandalów, Swebów i Alanów. Ta noc zmieniła na zawsze losy krajów określanych jak Zachód. Tej mroźnej nocy następuje tak naprawdę kres Rzymu i kres pax romana.

Dla współczesnych było to wydarzenie tak doniosłe, że znamy dokładnie datę dzienną tego ataku. Liczne świadectwa opowiadają o grozie tych dni. Wydawało się, że zbliża się naprawdę koniec świata. Nawet do pustelni św. Hieronima w Betlejem docierają niosące grozę relacje z tej pożogi nocy grudniowej i w r. 409 pisze on znamienne słowa: - "Co jest ocalone, jeśli ginie Rzym!"
A tak opisuje wydarzenia tamtych dni Oriencjusz biskup Auch miasta leżącego w Akwitanii czyli na południu dzisiejszej Francji:
 
  "Wszyscy w umęczeniu oczekują końca starego świata , a już nadchodzą jego dni ostatnie. Spójrzcie, jak szybko śmierć zwyciężyła świat i ileż potężnych ludów rzuciła na kolana siła wojny... Cała Galia dymiła jak wielki stos."
 
 
     Nawała ludów określanych jako barbarzyńskie przetoczyła się przez kraje dzisiejszej zachodniej Europy jak walec. Jedynie nieliczne miasta stawiły skuteczny opór, tak jak chociażby Tuluza gdzie obroną kierował biskup Eksuperiusz. Nawet dumny Rzym musiał otworzyć bramy przed wodzem Wizygotów Alarykiem i 24 sierpnia 410 rok cały ówczesny świat obiegła hiobowa informacja - Roma capta - Rzym padł.
Negocjujący z zwycięskim wodzem przedstawiciele Rzymu usłyszeli żądania - oto jego żołnierze zabiorą z miasta wszystko co przedstawia jakąkolwiek wartość . Żądania powyższe wzbudziły gwałtowne protesty.
- Ależ - histerycznie zareagowali wysłannicy - co nam wobec tego pozostanie?
Alaryk zrobił pauzę: - "Życie".

Co jest tak naprawdę warte w świecie, który każdego dnia może przynieść zniszczenie i pożogę która zmiecie to co materialne? Czy potrzeba dopiero grozy zniszczenia aby docenić to co nieprzemijające?

Nadzieja dla ginącego rzymskiego świata i dla Europy opanowanej przez plemiona germańskie zakładające na gruzach dawnego imperium nowe państwa przyjdzie z najbardziej nieoczekiwanego kierunku.
Oto w czasie zawieruchy w r. 432 ląduje na brzegu Irlandii - wyspy leżącej poza rzymskim limesem - Patryk, samotny kapłan ale już biskup i oto dokonuje się niezwykły cud. Oto jeden człowiek w trakcie 30 lat swojej posługi dokonuje rzeczy niezwykłej. Gdy umiera w roku 461 może z dumą powiedzieć że oto zastał Irlandię pogańską a pozostawił chrześcijańską.

Kres Rzymu nie nastąpił wraz z abdykacją ostatniego cesarza - on nastąpił ostatniego dnia roku 406, podobnie jak zjednoczenie Europy nie dokonało się w 1950 roku - ono tak naprawdę dokonało się w r. 432

   Dlaczego właśnie wtedy? - Otóż to właśnie Irlandczycy, a konkretnie mnisi irlandzcy, ocalili naszą cywilizację. Bo to ich dziełem było zachowanie tradycji i spuścizny cywilizacji grecko-rzymskiej. Po prostu nieustannie przepisywali księgi. I to dzięki nim znamy nie tylko pisma Ojców Kościoła, ale także wszelkich myślicieli umarłego już świata. I nawet jeżeli te pisma uważali wręcz za szkodliwe dla wiary - to jednak je przepisywali. Następne wieki, to ich nieustanna wędrówka po całej ówczesnej Europie, a w ślad za nimi na dwory nowo powstałych królestw trafiały także księgi. Nie czynili tego dla własnej chwały lecz - "pro amore Dei"

Dlaczego snuje te historyczne rozważania?  Oto dzisiaj, tak jak w 406 roku za granicami dzisiejszego świata gromadzą sie cienie. Wtedy też na tereny Imperium przenikały nieliczne na razie grupy członków plemion barbarzyńskich zwabionych potęgą pieniądza i omamione dobrobytem. Podobnie dzieje się i dzisiaj i podobnie jak wtedy pozornie zjednoczona Europa przyciąga swoja potęgą finansową, złudnym pojęciem tolerancji - tylko, że podobnie jak Rzym buduje swoją potęgę nie na tradycji, na wspólnych korzeniach, tylko wręcz odwraca się od nich tyłem.
Dzisiejsza Europa uważa, że jej zjednoczenie nastąpiło dopiero w ostatnich latach wraz z podpisywaniem kolejnych traktatów, stworzeniem konstytucji i przyjmowaniem nowych krajów w swoje szeregi . Czym to się różni od rzymskich podbojów i odgórnego narzucania swojego prawa dla innych narodów?
Europa zapomniała że tak naprawdę została stworzona przez tych prostych mnichów irlandzkich o których z taką pogardą wyraził się XIX wieczny premier angielski, przedstawiciel nowego, oświeconego społeczeństwa B. Disraeli -
"Irlandczycy nienawidzą naszego porządku, naszej cywilizacji, naszego dynamicznego przemysłu, naszej czystej religii... Ich idea ludzkiego szczęścia to na przemian klanowe burdy i nieokrzesane bałwochwalstwo - czyli katolicyzm"

Czy powyższe słowa czegoś nam nie przypominają? Czy w podobny sposób dzisiejsze oświecone elity nie mówią  juz nie o konkretnym narodzie, tylko w ogóle o chrześcijaństwie?


    Warto zadać sobie pytania o przyszłość, i jednocześnie  sięgnąć do pamięci historycznej - tym bardziej że nad zadufaną i sytą Europę ponownie nadciągają groźne chmury i ponownie tylko chrześcijaństwo stoi na straży prawdziwego humanizmu.
 
 
Irlandzkie krzyże sprzed półtora tysiąca lat nieustannie stoją i przypominają o chrześcijańskich korzeniach naszej cywilizacji i wzywają  Europę słowami hymnu przypisywanego apostołowi Irlandii św. Patrykowi do nieustannego powrotu do korzeni, gdyż podnosimy się dzięki:

Wstaję dziś
Za sprawą potężnej mocy wezwania Trójcy Św.,
Za sprawą wiary w troistość Boga,
Za sprawą wyznania głoszącego jedyność
Stwórcy Stworzenia


   

poniedziałek, 31 lipca 2017

Teksty z "Filokalii" - Pseudo-Antoni Wielki. Izajasz Anachoreta


   Oto, mam przed sobą długo oczekiwaną książkę. Jest to pierwszy fragment monumentalnego dzieła,, jakim jest pierwsze tłumaczenie na język polski zbioru tekstów znanego jako "Filokalia".  Praca, jaką wykonali pierwsi kompilatorzy tego zbioru  - dwóch greckich mnichów, Makary z Koryntu i Nikodem Hagioryta jest niezwykła. Oto, pod koniec XVIII wieku, w epoce kiedy takie pojęcia jak mistyka, kontemplacja i w ogóle duchowość wydają się być reliktami  epoki która w kontakcie z prądami umysłowymi Oświecenia, odchodzi w zapomnienie, pojawia się dzieło  przedstawiające rozwój duchowości chrześcijańskiej począwszy od IV aż do XV wieku.
  Ten zbiór tekstów, znany jako "Filokalia" jest jakby powiewem świeżego powietrza, odkryciem świata niezwykłego, świata w którym człowiek odkrywa kim tak naprawdę jest.
  "Filokalia' - oznacza umiłowanie piękna, podobnym terminem jest - "Filozofia" - umiłowanie mądrości.  Można powiedzieć, że oba pojęcia są w pewien sposób charakterystyczne dla dróg jakimi podążyły Wschód i Zachód - chrześcijaństwo łacińskie i greckie. A przecież to nadal jest jedno chrześcijaństwo.






   Jako swoiste preludium przed wydaniem pierwszego tomu "Filokalii", a potem następnymi, wydane zostały teksty dwóch autorów. Tak naprawdę nie wiemy kim był autor pierwszego tekstu przypisywanego św. Antoniemu, najprawdopodobniej był  to ktoś  gruntownie wykształcony w duchu synkretycznej filozofii późnego antyku.  Filozof nawrócony na chrześcijaństwo, raczej na pewno nie był to mnich.
 Drugi autor - Izajasz Anachoreta jest mnichem, i czytając  skromny tekst zachowany pod jego imieniem od razu możemy zauważyć różnice  w tym co możemy nazwać dążeniem do życia cnotliwego, życia godnego.
"Wszelkie rodzące się w duszy ludzkiej dobro zostaje posiane przez Słowo Boże, które było na początku u Boga i ono właśnie stanowi owoc królestwa Bożego" pisze Orygenes w "Komentarzu do Ew. Mateusza" 10,2. Słowo jest u nas obecne poprzez działanie Ducha dzięki któremu możemy odkryć istotę życia chrześcijanina polegającą na takim przekształceniu naszej duszy i ciała, aby było ono uduchowione.
   Pierwszy autor w swoim traktacie praktycznie w ogóle nie mówi o modlitwie, nie odnosi się także do tekstów biblijnych.  Będąc chrześcijaninem, w zasadzie posługuje sie terminologią filozoficzną. Głosi konieczność panowania nad namiętnościami przy pomocy kontroli rozumu , natomiast  u Izajasza mamy natomiast z o wiele większym podkreśleniem roli duszy, potrzeby utrzymania czujności emocjonalnej.

   Treść obu traktatów odzwierciedla w pewien sposób odwieczny konflikt pomiędzy filokalią a filozofią. Konflikt genialnie oddany przez słynnego malarza Rafaela:




    Ten znaczek wydany w 1978 roku przez pocztę Grecji przedstawia fragment słynnego fresku Rafaela – „Szkoła ateńska”. Widzimy na nim pogrążonych w dyspucie dwóch najsłynniejszych filozofów greckich: Arystotelesa i Platona. Platon z wzniesioną do góry dłonią pokazuje na niebo jako źródło inspiracji i idei, natomiast Arystoteles wskazuje na ziemię i przyrodę jako to, co winno stanowić podstawę wszystkich naszych dążeń i planów. Zderzenie dwóch koncepcji i źródeł inspiracji. Mówiąc językiem filozofów: realizm i idealizm. Ale czy jedno wyklucza drugie?

   W bardzo ciekawej książce H. Nussbaumera - austriackiego dziennikarza, który przez lata pielgrzymował na górę Atos - "Odkryć w sobie mnicha", zapisane są słowa  biskupa prawosławnego, a jednocześnie mnicha, który nie ma poczucia konfliktu pomiędzy teologią, w tym przypadku filokalią  a filozofią. Dla niego mądrość to Sophia - prawdziwa mądrość, której źródłem jest modlitwa:

    "Atos nie zajmuje się teologią - jest teologią. Tu nie ma o czym dyskutować. Mnisi nie mają żadnych wątpliwości. Tu się wierzy. Wszystko poza tym jest herezją".

I właśnie o tym, moim zdaniem, sa teksty zgromadzone w tym niezwykłym kompendium duchowości jakim jest właśnie "Filokalia". O tym, co tak pięknie ubrał w słowa J.-Y. Leloup w swojej książce "Hezychazm zapomniana tradycja modlitewna": 

    "Najdrobniejszy akt czystej miłości zdaje się większy niż największa z katedr".

    Trudno jest mi ocenić, nie posiadając  odpowiednich kwalifikacji, poziom tłumaczenia. Pomimo, że tekst przypisywany Antoniemu  Pustelnikowi, należy do rzadko tłumaczonych tekstów, to fragmenty tego traktatu były już wcześniej tłumaczone przez ks. Naumowicza.  Warto porównać oba tłumaczenia, przykładowo taki fragment:

   40. Nie jest możliwe, aby ktoś nagle stał się dobry i mądry. Do takiej przemiany potrzebne jest niestrudzone ćwiczenie, ciągła i długotrwała asceza oraz pragnienie dobrych czynów. Człowiek prawy i miły Bogu, który prawdziwie Go zna, nie przestaje żarliwie czynić tego wszystkiego, co podoba się Panu. Tacy ludzie należą jednak do rzadkości..
   - powyższy fragment został zamieszczony w: Vox Patrum 32-33 s. 453, Lublin 1998

A tak brzmi powyższy fragment w tłumaczeniu Cezarego Dobaka zamieszczony w cytowanej książce zawierającej  dwa wzmiankowane traktaty:

   40. Nie sposób stać się mężem dobrym i mądrym w krótkim czasie, ale osiąga się to mozolną medytacją, odpowiednim sposobem życia, doświadczeniem, nakładem czasu, ćwiczeniem i pragnieniem dobrych czynów. Człowiek dobry i miły Bogu, który go prawdziwie Go poznaje, nie ustępuje w obfitym czynieniu tego, co Mu się podoba. Rzadko jednak znajdują się tacy ludzie.

  Muszę stwierdzić, że właśnie drugie tłumaczenie bardziej do mnie trafia, jest takie jakby bardziej miękkie, bardziej wschodnie - jeżeli mogę użyć takiego sformułowania. Pierwsze tłumaczenie jest jakby bardziej ostre, zdecydowane, właśnie bardziej zachodnie. Myślę, że właśnie takie tłumaczenie lepiej oddaje sposób myślenia ludzi Wschodu. Natomiast umieszczenie w tym zbiorze tekstu przypisywanego Antoniemu jest jakby pewnego rodzaju duchową rozgrzewką przed kolejnymi etapami. Tutaj nie ma jeszcze miejsca na osobistą relację, na to co przyjdzie czas później. Teraz uczymy się korzystać z naszej wolnej woli:

  "67. Kiedy chcesz, jesteś niewolnikiem namiętności. Kiedy chcesz, jesteś wolny i nie pochylasz się przed namiętnościami. Albowiem Bóg tak cię uczynił, że masz wolną wolę, i ten, kto zwycięża namiętności ciała, zostaje uwieńczony niezniszczalnością. Jeśli nie byłoby namiętności, nie byłoby przecież także cnót ani też wieńców, darowanych przez Boga tym wśród ludzi, którzy są ich godni. 

  Wieniec spoczywający na skroniach zwycięzcy, motyw bardzo często spotykany w literaturze antycznej, a tym samym obecny także  w literaturze chrześcijańskiej. Ale to jest jakby dopiero pierwszy etap, moment przejścia do dalszego rozwoju duchowego, do tego co możemy wyczytać w traktacie  Izajasza:

  "22. Pilnuj się zatem, aby nic zgubnego nie oddaliło cię od Bożej miłości, oraz panuj nad swoim sercem. Nie ustawaj, mówiąc : "Jak mam go strzec, skoro jestem grzesznikiem?" Gdy człowiek porzuci swoje grzechy i zwróci się do Boga, jego pokuta odrodzi go i uczni całego nowym."

 Pierwsze zwycięstwo i pierwszy wieniec to trochę za mało. Nie można bowiem spocząć na laurach, lecz  odnaleźć siebie w nieustannym dialogu, w nieustannej rozmowie.

    Słynny rosyjski mistyk, "stariec" Serafin z Sarowa tak pouczał jednego z swoich duchowych synów:
"Oni (księża) powiedzieli ci: <Idź do kościoła, módl się do Boga, zachowuj przykazania Boże, czyń dobro. To jest celem twojego chrześcijańskiego życia! > Nie wyrazili się jednak w sposób prawidłowy. Modlitwa, post, czuwanie i wszystkie inne akty chrześcijanina, chociaż same w sobie są wspaniałe, nie są jako dzieła celem życia chrześcijańskiego, będąc jednak środkiem niezbędnym, aby je osiągnąć. Prawdziwy cel naszego życia chrześcijańskiego polega na osiągnięciu Ducha Bożego, łaski Ducha Świętego".

To - co powszechnie uważa się za literę czyli obrzędy, rytuały, formułki prawne - nie jest celem życia chrześcijanina. Jeżeli poprzestanie tylko na tym, to straci kontakt z Duchem. Będzie to chrześcijaństwo które stanie się ideologią a nie wiarą. Ale też nie można tego odrzucać, są to bowiem niezbędne środki do osiągnięcia prawdziwego celu jakim jest uduchowienie.
 
  Nie pamiętam gdzie znalazłem cytowaną wypowiedź Serafina, ale wydaje mi się, że jest ona logiczną kontynuacja drogi jaką rozpoczynamy ćwicząc się w cnotach . Nie można jednak na swojej drodze zapominać, że nie można żyć będąc jednocześnie uwiązanym w przeszłość i przyszłość. Jesteśmy tu i teraz, a przed nami jest tylko wieczność. Ale nie oznacza to, jak myślę, braku pamięci, gdyż  tak jak powiedział papież Franciszek w kazaniu na uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 2014 roku:
"Chrześcijanin bez pamięci nie jest prawdziwym chrześcijaninem, jest więźniem chwili, który nie umie uczynić skarbu ze swej historii, nie umie odczytać jej i przeżywać jej jako dziejów zbawienia.".

  Myślę, że właśnie "Filokalia" sa takim skarbem naszej historii, drogowskazem, wskazówką. I tylko od nas zależy czy zatrzymamy się na etapie zdobycia pierwszego wieńca, czy pójdziemy dalej.
  To na razie pierwsze luźne uwagi po dość pobieżnej lekturze pierwszych dwóch traktatów zamieszczonych w "Filokalii" - teraz pora na lekturę bardziej uważną, a co za tym idzie na następne refleksje dotyczące tych tekstów.

 


sobota, 15 kwietnia 2017

Orygenes - Homilia 4 - o księdze Rodzaju



Historia zagłady Sodomy i Gomory wzbudza nieustannie wiele dyskusji. Zwłaszcza kwestia poznania jest tym co wzbudza wiele dyskusji - czy Bóg może czegoś nie wiedzieć?
Oto bardzo ciekawy fragment komentarza Orygenesa dotyczący tego zagadnienia:



         Homilia 4 - Na temat zapisu "Bóg ukazał się Abrahamowi"

  6.  "Zszedłem więc, powiada, aby zobaczyć, czy postępują zgodnie z ich wołaniem, które doszło do mnie; a jeśli tak nie jest, chcę się dowiedzieć" (Rdz 18,21)

   Na podstawie tego stwierdzenia heretycy (marcjonici) zwykli napadać na mojego Boga mówiąc: "Oto Bóg Prawa nie wiedział, co dzieje się w Sodomie; musiał zejść, aby zobaczyć, musiał posłać ludzi, którzy by się o tym dowiedzieli".

    My zaś, którym nakazano toczyć walki Pańskie, wyostrzmy przeciw nim miecz do bitwy! Stańmy więc w szyku bojowym "przepasawszy biodra prawdą" i dzierżąc przed sobą "tarczę wiary" (por. Ef 6,14-17), chwytajmy jadowite pociski ich rozpraw i po starannym rozważeniu miotajmy je w nich z powrotem. Na tym wszak polegają walki Pańskie, które toczył Dawid i pozostali patriarchowie. Stójmy naprzeciw wroga w obronie naszych braci. "Wolałbym raczej umrzeć" (por. 1 Kor 9,15), nizby wrogowie mieli porwać i złupić kogoś z moich braci albo żeby za pomocą podstępnych oszustw słownych mieli wziąć do niewoli małe dzieci i ssące jeszcze mleko niemowlęta w Chrystusie (por 1 Kor 3,1.2). Na dorosłych zaś nie będą mogli podnieść ręki ani nie odważą się stanąć z nimi do walki. A zatem, zwróciwszy się najpierw z modlitwą do Pana oraz wspomożeni przez wasze modły, wystąpmy do walki słowa przeciwko heretykom.

   Stwierdzamy więc z ufnością, iż wedle Pisma Bóg nie wie (nie zna) wszystkiego. Bóg nie zna grzechu, Bóg nie zna grzeszników, nie zna tych, którzy są Mu obcy. Posłuchaj, co mówi Pismo: "Pan poznał tych, którzy do niego należą", oraz: "Niech odstąpi od nieprawości każdy, kto wzywa imienia Pańskiego" (2 Tym 2,19). Pan zna swoich, ale nie zna niegodziwych i bezbożnych. Posłuchaj, co mówi Zbawiciel: "odejdźcie ode mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się nieprawości, nie znam was" (Mt 7, 23). Również Paweł powiada: "Jeśli ktoś z was jest prorokiem albo człowiekiem duchowym, niechaj wie, że to, co głoszę, od Pana pochodzi. Kto zaś nie zna, sam nie jest znany (1 Kor 14,37-38).

   W przeciwieństwie do was mówimy to bez żadnej bluźnierczej myśli na temat Boga, nie przypisujemy Mu niewiedzy; rozumiemy to w tym sensie, iż ci, których działanie jest niegodne Boga, sami zostają uznani za niegodnych poznania Bożego. Bóg bowiem nie uznał za słuszne, żeby poznać tego, kto jest Jego wrogiem i kto Go nie zna. Dlatego właśnie Apostoł powiada, że "ten, kto nie zna, sam nie jest znany".

   W takim też sensie powiedziano i teraz o mieszkańcach Sodomy, że zostali uznani za niegodnych poznania Bożego, jeśli  postępują zgodnie z owym wołaniem, które doszło do Boga; jeśli zaś jest w nich jakieś nawrócenie, jeśli znajdzie się wśród nich choćby dziesięciu sprawiedliwych (por. Rdz 18,32), to Bóg ich pozna. Dlatego też powiedział "Jeśli jest inaczej, chcę się dowiedzieć". Nie powiedział: "Abym wiedział, co robią", lecz: "Abym ich poznał i uczynił ich godnymi mojego poznania, jeśli znajdę wśród nich sprawiedliwych, jeśli znajdę takich, którzy czynią pokutę, jeśli spotkam takich, których powinienem poznać".

   W końcu, ponieważ z wyjątkiem Lota nie znaleziono nikogo, kto by czynił pokutę, nikogo, kto by się nawrócił, zatem jedynie Lot zostaje poznany i tylko on zostaje ocalony z pożaru (por. Rdz 19). Mimo zachęty nie idą za nim zięciowie, sąsiedzi ani bliscy; nikt nie chciał poznać łaski Boga, nikt nie chciał uciec się do Jego miłosierdzia - dlatego też nikt nie został poznany.

   Oto argument przeciwko tym, którzy "głoszą nieprawość na wysokości" (por. Ps 72,8). My zaś starajmy się takimi uczynić nasze działania, nasze postępowanie, abyśmy zostali uznani za godnych poznania Bożego, aby On zechciał nas poznać, abyśmy byli godni poznania Jego Syna, Jezusa Chrystusa, oraz poznania Ducha, abyśmy, poznani przez Trójcę, zasłużyli na pełne, całkowite i doskonałe poznanie tajemnicy Trójcy dzięki objawieniu udzielonemu nam przez Pana Jezusa Chrystusa; Jego jest chwała i władza na wieki wieków, amen (por. 1P 4,11)

   Tekst pochodzi z: Orygenes, Homilie o Księgach Rodzaju, Wyjścia, Kapłańskiej w: PSP t. XXXI, z. 1, s.70-72, wyd. ATK Warszawa 1984  

 

piątek, 14 października 2016

Św. Hieronim - List XXII - Do Eustochium rozdz. 13

 Św. Hieronim był niezwykła postacią.  Filozof, retor, erudyta, językoznawca - a jednocześnie człowiek pełen pasji. Obok zalet pełen wad. Najwięcej mówią o nim jego listy. Klasyk języka i stylu wypowiadający się niejednokrotnie z wyjątkową dosadnością. Surowy asceta przejawiający nieraz ocierającą się o manię drażliwość. Jego polemiki są niezwykle dosadne i balansujące na granicy dobrego smaku.
   A jednak w jego listach, skierowanych zwłaszcza do grona rzymskich arystokratek można znaleźć wiele czułości. Potrafił okiełznać swoje emocje i pomimo że nigdy nie był wzorcem ewangelicznej łagodności, to jednak potrafił być wrażliwy, zwłaszcza gdy płacze nad śmiercią swojej uczennicy  Blezylli pisząc listy do jej siostry Eustochium.
  Cytowany przeze mnie fragment listu do Eustochium napisanego w 384 jest odzwierciedleniem poglądów Hieronima dotyczących  aborcji. Warto poznać jego poglądy, tym bardziej że niektóre oceny Hieronima także w naszych czasach mozna uznać za wyjątkowo trafne:

                       List do Eustochium  - XXII, 13

   Przykro mówić, ile dziewic upada codziennie, ile ich traci Kościół Matka, nad ilu gwiazdami stawia stolicę swą pyszny nieprzyjaciel i ileż to skał drąży wąż, po czym zamieszkuje w ich otworach! Patrz, jak bardzo wiele jest wdów, które przed powtórnym wyjściem za mąż okrywają swe nieszczęsne sumienie kłamliwą szatą i chodzą z podniesioną głową, tanecznym krokiem, jeśli ich nie zdradza nabrzmiałość brzucha czy kwilenie dzieci. Inne starają się o bezpłodność i na nie urodzonym jeszcze człowieku popełniają mord. Niektóre, gdy poczują, że poczęły z występku, obmyślają trucizny na spędzenie płodu i często też same przy tym umierają, i tak popełniwszy trzy zbrodnie: samobójstwo, cudzołóstwo i zabójstwo nie narodzonego dziecka, wędrują do piekła. One to mówią zazwyczaj: "Czystym wszystko jest czyste" - (Tyt, 1,15) . "Wystarczy mi moje sumienie. Bóg żąda serca czystego, dlaczego mam się wstrzymywać od pokarmów, które stworzył On do używania?" A jeśli niekiedy chcą uchodzić za miłe i dowcipne, a upoją się winem, mówią w ten sposób: "Broń Boże, bym się miała wstrzymać od przyjmowania Krwi Chrystusa" dodając do pijaństwa i świętokradztwo. A jeśli zobaczą dziewicę smutną i bladą, nazywają ją biedną i mniszką, i manichejką; nic dziwnego - dla tego bowiem rodzaju panien post jest herezją. One też przechadzają się w miejscach publicznych zwracając na siebie uwagę i złodziejskimi spojrzeniami pociągają za sobą tłumy młodzieńców. Do nich odnoszą się słowa Proroka: "Stało ci się oblicze  nierządnicy, bezwstydna jesteś ty" - (Jer. 3,3)  Na sukni wąski pasek purpury, głowa natomiast słabo obwiązana, tak aby włosy opadały, grube obuwie, a na ramionach fruwa hiacyntowa chusta, rękawy ściśle przylegające do ramion i chwiejny chód. Oto całe ich dziewictwo. Niech tego rodzaju dziewice znajdą swoich chwalców i niech pod imieniem dziewic z większą korzyścią giną. My zadowoleni jesteśmy, że się im nie podobamy." 

Tekst pochodzi z:  św. Hieronim - "Listy" t. 1 - wyd. "PAX" Warszawa 1952, s. 123-124. 


wtorek, 11 października 2016

Tertulian - O duszy rozdz. 25 i 26


     Jeden z największych moralistów chrześcijańskich, żyjący na przełomie II i III wieku po Chrystusie - Tertulian, pozostawił nam ważne i jednoznaczne świadectwa dotyczące aborcji.  W tym okresie postrzeganie człowieka pozostawało w konflikcie pomiędzy poglądami gnostyckimi czerpiącymi z filozofii platońsko-orfickiej i traktującej negatywnie ciało ludzkie jako czynnik przeszkadzający w rozwoju duchowym a poglądami mającymi swoje źródło w Biblii.
   Tertulian w sposób jednoznaczny stał na stanowisku iż człowieka należy postrzegać jako najbardziej podstawową, usytuowaną na poziomie ontycznym jedność  duszy i ciała. Dopiero połączenie tych dwóch elementów  w jedno stanowi o tym, że możemy mówić o istnieniu człowieka.  To właśnie złączenie tych dwóch elementów stanowi początek życia i jednocześnie jest początkiem istnienia istoty ludzkiej.
   Tym samym zabójstwo dziecka w łonie matki jest takim samym zabójstwem jak zabójstwo dziecka narodzonego, a tym samym podobnie powinno być karane.
  Przejdźmy do tekstu rozdziału 25 traktatu Tertuliana "O duszy", momentami jest to dość wstrząsająca lektura.

                                                        O duszy - rozdział 25 

   25.  Po tej dygresji wracam do właściwego zagadnienia i będę się starał wyłożyć, w jaki sposób wszystkie dusze biorą ostatecznie początek z jednej, czyli kiedy, gdzie i jak z niej się rodzą. Obojętnie mi przy tym, czy ów problem stawia filozof, czy heretyk, czy prosty człowiek. Wyznawcom prawdy nie zależy na rodzaju przeciwników, zwłaszcza tak zuchwałych jak ci, co twierdzą, że dusza nie zostaje poczęta w łonie matki i nie kształtuje się tam wraz z organizmem cielesnym ani nie bywa wraz z nim zrodzona, lecz dopiero po wydaniu płodu na świat zostaje wprowadzona z zewnątrz w nieżyjące jeszcze dziecko. Według nich nasienie przejęte w akcie spółkowania przez organa niewieście kondensuje się rzekomo pod wpływem naturalnego ruchu w samą tylko substancję organizmu cielesnego; dopiero gdy ten opuszcza łono macierzyńskie parując jeszcze jego żarem, zostaje nagle owiany zimnym powietrzem, niby rozżarzone żelazo rzucone w wodę, i pod wpływem tak gwałtownego wstrząsu nabiera od razu sił żywotnych oraz wydaje pierwszy głos. Tak stawiają sprawę stoicy z Enedydemosem, a niekiedy również sam Platon, gdy głosi, że właśnie z tym pierwszym oddechem dziecka zostaje w jego organizm wprowadzona z zewnątrz, spoza matczynego łona, dusza, która znów później wraz z ostatnim oddechem uchodzi z człowieka. Przekonamy się w dalszym ciągu, czy jest to rzeczywiście pogląd Platona. Nawet wśród lekarzy znajdujemy w osobie niejakiego Hikezjusza przedstawiciela podobnej teorii, aczkolwiek sprawa wykracza poza zasięg nauk  przyrodniczych, a więc i jego kompetencji.

   Przypuszczam, że tylko wstyd nie pozwalał tym ludziom dostrzec tego, o czym doskonale wiedzą wszystkie niewiasty, a przecież chyba bardziej powinniśmy się wstydzić, gdy nas niewiasty pokonują, niż gdy potwierdzają słuszność naszego poglądu. Bo któż może być w tym wypadku bardziej kompetentnym nauczycielem, sędzią i świadkiem, niż rodzaj niewieści? Powiedzcie matki, wy, które chodzicie w ciąży i rodzicie - bo ani kobiety niepłodne, ani mężczyźni nie mają tu głosu - powiedzcie, co wam naprawdę mówi wasza własna natura, gdyż tylko waszym doznaniom można wierzyć: czy nie zauważacie już w swym płodzie oznak życia, różnego od waszego własnego? Czy nie odczuwacie pod jego wpływem wstrząsu waszych wnętrzności, drżenia bioder, pulsowania całego brzucha, zmiany strony ciążenia? Czy nie cieszą was tego rodzaju poruszenia i nie upewniają, że wasze dziecię żyje? Czy natomiast nie ogarnia was lęk, gdy zauważacie, że przestaje się ono w was poruszać? Czy jeśli drga ono w was za każdym nowym dźwiękiem, nie uważacie tego za dowód, że już coś słyszy? Czy wasz organizm nie domaga się dla niego specjalnie pewnych pokarmów, a przed innymi broni? Czy nie dzielicie z nim stanów chorobowych do tego stopnia, że każdy uraz, jakiego doznajecie, odbija się od razu również wewnątrz was na odpowiednich członkach waszego dziecka? Skoro bladość lub rumieniec zależy od krwi, zatem gdzie jest krew, tam musi być i dusza; skoro zdrowie polega na przybywaniu energii witalnej, zatem gdzie jest zdrowie, tam musi być i dusza; skoro głód lub brak apetytu, wzrastanie lub zmniejszanie się, strach, ruch są objawami funkcji duszy, zatem niewątpliwie to, co owe funkcje wywołuje, żyje, bowiem kto je przestaje wykonywać, przestaje też żyć.

    Wreszcie zdarza się, że niekiedy przychodzą na świat dzieci martwe; czy byłoby to do pomyślenia, gdyby nie rodziły się dzieci żywe? Bo co znaczy "zmarłe", jak nie to, że przedtem żyły? Powiem więcej; niekiedy nawet sami zabijamy dziecko w łonie matki, rzecz niewątpliwie okrutna, ale konieczna, gdy poprzeczne ułożenie płodu uniemożliwia poród; jeśliby wówczas nie pozbawiono dziecka życia, stałoby się ono zabójcą swej rodzicielki. Toteż wśród narzędzi lekarskich znajduje się nie tylko instrument do otwierania  siłą, przy pomocy ruchu obrotowego, części rodnych, nie tylko okrągły nóż do ostrożnego poodcinania w ich wnętrzu członków, nie tylko tępy hak do dokonania gwałtownego porodu i wyciągnięcia niebezpiecznego płodu, lecz także lancet z brązu do zabicia płodu, do popełnienia na ślepo morderstwa ratunkowego; zwie się ów lancet "embriosfastes", jako że nim zabija się żywe dziecię. Posługiwali się tymi narzędziami i Asklepiades i Erasistratos i Hierofil (który przeprowadzał również sekcje na dorosłych) i nawet znany z łagodności Soranus - a wszyscy w przeświadczeniu, że poczęty płód żyje i że tylko z litości zabija się to nieszczęsne niemowlę, nie chcąc go żywcem rozszarpywać. O konieczności takiego mordu nie wątpił nawet wzmiankowany wyżej Hikezjusz, mimo że uważał, iż dusza wstępuje w zrodzony płód dopiero przy zetknięciu się go z zimnym powietrzem (...) Nie mówię już o tym, że znamy dzieci, które po rozcięciu brzucha matki  wydobyto żywe; tak było w wypadku Libera lub Scypiona.

    Jeśli zaś ktoś wzorem Platona uważa za niemożliwe połączenie w jedną całość dwóch dusz, podobnie jak dwóch ciał, to ja mu zwrócę uwagę na wypadki zjednoczenia nie tylko dwóch dusz ludzkich i dwóch ludzkich ciał w czasie ciąży, lecz również duszy ludzkiej z wielu innymi duchami, na przykład z demonem, i to nie jednym, jak u Sokratesa, nawet nie z siedmioma, jak u Magdaleny, lecz z całym legionem demonów. Skoro połączenie ludzkiej duszy ze złym duchem, posiadającym inną niż ona naturę, jest możliwe, to chyba tym bardziej możliwe jest połączenie dwóch dusz o jednakowej substancji.

    Tenże Platon w szóstej księdze "Praw" każe uważać,  by przez nieodpowiednie spółkowanie nie uszkodzić nasienia, bo mogłoby się to odbić ujemnie  zarówno na ciele, jak na duszy dziecka. Teraz już doprawdy nie wiem, któremu z dwóch poglądów Platona mam wierzyć, skoro przecież w tym ostatnim daje on wyraźnie do poznania, że dusza nie bywa wprowadzona w noworodka dopiero wraz z pierwszym jego oddechem, lecz zostaje mu przekazana już razem z nasieniem, na które dlatego właśnie trzeba uważać. I słusznie, bo jeśliby nasze dusze nie wywodziły się z nasienia duszy naszych rodziców, to skądże byśmy w takim razie byli do nich podobni pod względem dyspozycji psychicznych, jak to zauważył Kleantes? Na jakiej tez podstawie liczyliby starożytni astrologowie czas narodzin człowieka od momentu jego poczęcia, gdyby nie od tego momentu poczynała istnieć jego dusza, jako że przecież jej właśnie losy zależą rzekomo od położenia gwiazd? (...)

                                          O duszy - rozdział  26

    26. W jakiż jednak sposób następuje poczęcie istoty żywej? Czy równocześnie powstaje substancja jej ciała i substancja jej duszy, czy też jedna wcześniej, a druga później? Według nas obie substancje zostają równocześnie poczęte, utworzone i ukształtowane, tak samo jak później obie równocześnie bywają wydawane na świat; nie ma żadnej kolejności w czasie ich poczęcia. Wnioskujemy w tym wypadku po prostu z końca o początku. Jeśli śmierć pojmujemy jako odłączenie duszy od ciała, to i przeciwieństwo śmierci, czyli życie, musimy chyba nie inaczej pojmować, jak jako połączenie duszy z ciałem. Skoro zaś przy śmierci rozłączenie obu substancji następuje równocześnie, zatem i przy ożywianiu połączenie ich musi się dokonywać według tej samej zasady, to jest równocześnie. Właśnie dlatego życie każdej istoty zwykliśmy liczyć od momentu jej poczęcia, ponieważ od tego momentu przyznajemy jej duszę; odtąd bowiem istnieje dusza, odkąd i życie, Rozłączenie powodujące śmierć następuje tak samo jak połączenie dające życie. Jeślibyśmy natomiast poczęcie ciała uważali za wcześniejsze od poczęcia duszy, to według tej samej kolejności musielibyśmy odróżniać i czas ich zapładniania. Ale w takim razie kiedy właściwie następuje zapłodnienie ciała, a kiedy zapłodnienie duszy? Nie dość na tym: odróżniając czas zapłodnienia, musielibyśmy przyjąć także dwie różne materia zapładniające. Bez wątpienia, przyjmujemy i my dwa rodzaje nasienia : cielesne i duchowe, ale zarazem podkreślamy, że są one od siebie nieoddzielne, wskutek czego współistnieją zawsze razem,  w tym samym czasie. 
 Nie wstydźmy się jasno mówić o takich sprawach, gdy tego wymaga konieczność. Naturę trzeba czcić, a nie wstydzić się jej; spółkowanie jest wstydliwe nie samo w sobie, lecz ze względu na łączącą się z nim rozkosz zmysłową; nie sama rzecz jest nieczysta, lecz jej nadużywanie, bo samą rzecz Bóg pobłogosławił, mówiąc: "Rośnijcie i rozmnażajcie się", przeklął zaś tylko jej wypaczenie w formie cudzołóstwa, gwałtu, czy domów rozpusty. Otóż w samym akcie spółkowania, w którym mężczyzna łączy się z niewiastą, współdziała, jak wiadomo, i dusza, i ciało: dusza pożądając, ciało działając, dusza instynktownie, ciało aktywnie. Gdy zatem następuje równoczesne zespolenie dwojga ludzi, z których każdy doznaje wstrząsu, wówczas fermentuje od razu nasienie całego człowieka, przejmując z substancji jego ciała wilgoć, a z substancji jego duszy ciepło (...). By uzasadnić me twierdzenie, pytam , ryzykując nieco wstydliwość: czy w momencie, gdy żar rozkoszy zmysłowej dochodzi do szczytu, nie czujemy sami, że równocześnie coś uchodzi także z naszej duszy? Przecież dlatego właśnie ogarnia nas wówczas oszołomienie i bezwład, tak że aż ciemno robi nam się przed oczami, ponieważ wtedy nasza dusza wydycha z siebie nasienie duchowe, podobnie jak nasze ciało wysącza w postaci cieczy nasienie cielesne.

   Po prostu powtarza się za każdym razem to, co stało się niegdyś na samym początku. Z mułu pochodziło ciało Adama; a czymże był muł, jak nie żyzną lepką cieczą? Oto pierwociny nasienia cielesnego. Z tchnienia Bożego pochodziła dusza Adama; a czymże było owo tchnienie, jak nie oddechem? Oto pierwociny nasienia duchowego, które wraz z cielesnym wydychamy. Już więc na samym początku dwie różne substancje, muł i oddech, zlały się z sobą w jednego człowieka, mieszając w nim zarazem swe zarodki, a przez to określając także na całą przyszłość sposób rozmnażania się rodzaju ludzkiego. Dlatego i teraz obie, choć tak odmienne, razem z człowieka wypływają, by równocześnie posiane na odpowiedniej glebie, wspólnie wydać plon w postaci nowej osoby ludzkiej, zawierającej w sobie znów dwa rodzaje zarodków, stosownie do płci, wyznaczonej z góry każdemu stworzeniu zdolnemu do rodzenia.

    Tak od jednego Adama pochodzą wszystkie w ogóle dusze ludzkie, jako że natura słucha rozkazu Bożego: "Rośnijcie i rozmnażajcie się". Zresztą już w poprzednich słowach: "uczyńmy człowieka" zapowiedział Bóg właściwie także powołanie do bytu całego rodzaju ludzkiego, gdyż mówi dalej w liczbie mnogiej: "i niech panują nad rybami morskimi". Nic dziwnego, zapowiadając siejbę, zapowiedział tym samym również żniwo.  

    Tekst pochodzi z:  Marian Michalski - "Antologia patrystyczna" t. 1, wyd.  IW "PAX" Warszawa 1975, s. 239-242 

poniedziałek, 10 października 2016

List Barnaby - "Dwie drogi"

  Dzisiaj, w dobie coraz silniejszych nacisków tzw. środowisk liberalnych na Kościół w celu wymuszenia zmiany nauczania Kościoła, zwłaszcza teologii moralnej. warto sięgać do okresu gdy nauka Kościoła nie była jeszcze definitywnie sformułowana, żeby zobaczyć jak rozumiano te kwestie w pierwszych latach istnienia wspólnot chrześcijańskich.
  Ciekawym przykładem jest wchodzący w skład pism pierwszych świadków określanych jako Ojcowie Apostolscy - "List Barnaby". List często cytowany przez Ojców Kościoła, zwłaszcza przez Klemensa Aleksandryjskiego, uważającego go za autentyczny list  apostoła Barnaby.  Jednakże już w epoce patrystycznej kwestionowano autentyczność tego listu.  Wątpliwości były podnoszone m.in. przez  Hieronima oraz pierwszego historyka Kościoła, Euzebiusza który ta pisze:

   "Do podsuniętych powinno się zaliczyć: "Dzieje Pawłowe", pismo zwane "Pasterzem", "Apokalipsę Piotra, prócz Tego "List" przypisywany Barnabie...."  - Historia Kościoła III,25 p. 4.

  Oprócz części dogmatycznej, List zawiera także część moralną, utrzymaną w stylu listów św. Pawła, przypominającą naukę, znaną z pochodzącego z I wieku "Didache" znanego także jako "Nauka dwunastu Apostołów", o drogach światła i ciemności.  Data powstania "Listu Barnaby" najczęściej jest umieszczana w okresie pomiędzy 70 a 138 rokiem po narodzeniu Chrystusa.

                                                      Dwie  drogi

    18. (1) Przejdźmy teraz do innego poznania i innej nauki. Dwie są drogi odpowiadające dwom rodzajom nauki i władzy: droga światła i droga ciemności. Wielka jest różnica między tymi dwoma drogami. Nad jedną straż trzymają wiodący ku światłu aniołowie Boży, nad drugą - aniołowie Szatana.  (2)   Bóg jest Panem od wieków i na wieki, Szatan zaś jest księciem czasów obecnych, czasów niegodziwości.

   19. (1) A oto droga światła: Jeśli ktoś zamierza tak nią iść, aby dojść do wyznaczonego celu, niech będzie gorliwy w tym, co czyni. Dano nam poznać, jak należy kroczyć tą drogą: (2) Kochaj Tego, kto cię stworzył, lękaj się Tego, kto cię ukształtował, uwielbiaj Tego, kto cię wykupił od śmierci. Bądź szczery sercem, bogaty Duchem. Nie wiąż się z tymi, którzy idą drogą śmierci. Miej w nienawiści wszystko, co nie pochodzi od Boga, miej w nienawiści wszelką obłudę. Nie porzucaj przykazań Pańskich.  (3)  Nie wynoś się, lecz bądź pokornym we wszystkim. Nie przypisuj sobie chwały. Nie knuj złych zamysłów przeciw bliźniemu twemu. Nie pozwalaj swej duszy na zuchwałość. (4)  Nie uprawiaj rozpusty, nie cudzołóż, nie deprawuj dzieci. Niechaj twe słowo, które jest darem Boga, nie służy czyjejś nieczystości. Nie miej względu na osobę tam, gdzie trzeba zganić czyjeś wykroczenie. Bądź łagodny, spokojny, przyjmuj z drżeniem słowa, które słyszysz. Nie chowaj gniewu do brata twego. (5)  Nie zastanawiaj się z niepokojem, czy stanie się tak, czy nie stanie. "Nie bierz imienia Pana nadaremno". Kochaj bliźniego twego ponad własne twoje życie. Nie zabijaj dziecka powodując poronienie, nie przyprawiaj o śmierć nowo narodzonego. Nie cofaj ręki twojej znad głowy twego syna czy twojej córki, lecz od dzieciństwa ucz ich bojaźni Bożej. (6)  Nie pożądaj tego, co należy do twego bliźniego, nie bądź chciwy. Nie więź swego serca z ludźmi wyniosłymi, lecz przestawaj z pokornymi i sprawiedliwymi. Wszystko, co się spotka, przyjmuj jako dobre, wiedząc, że nic się nie dzieje bez Boga. (7) Nie zmieniaj łatwo zdania, nie bądź gadatliwy. Z szacunkiem i bojaźnią dochowuj posłuszeństwa Twoim panom jako obrazowi Boga. Nie wydawaj ze złością żadnych poleceń twemu słudze i służebnicy, którzy pokładają nadzieję w tym samym Bogu, aby nie przestali się lękać Boga, waszego wspólnego Pana, gdyż On nie ma względu na osobę, a przyszedł wzywać tych, których Duch już przygotował. (8) Dziel się wszystkim z bliźnim twoim i nie uważaj czegokolwiek za twoją wyłączną własność. Jeżeli bowiem mamy wspólny udział w dobrach niezniszczalnych, tym bardziej mieć go powinniśmy w tym, co niszczeje. Nie bądź skłonny do wielomówstwa, gdyż usta są potrzaskiem śmierci. Na ile to tylko możliwe dla dobra twej duszy zachowuj czystość. (9)  Nie bądź nazbyt skory wyciągać ręce do brania, a cofać przy dawaniu. Miłuj jak źrenicę własnego oka każdego, kto głosi ci słowo Pańskie. (10)  Dniem i nocą pomnij na dzień sądu i codzień szukaj towarzystwa świętych. Nie żałuj trudu czy to gdy będziesz nauczał udając się nawet daleko, by napominać i o zbawienie dusz zabiegać słowem, czy to pracując własnymi rękami dla odkupienia grzechów twoich. (11) Nie wahaj się dawać i dając nie narzekaj, a przekonasz się, kto ci najhojniej odpłaci. Strzeż tego, co otrzymałeś "niczego nie dodając, niczego nie ujmując". Miej zło w bezwzględnej nienawiści. Sądź sprawiedliwie. (12)  Nie powoduj rozłamu, lecz wprowadzaj pokój godząc walczących ze sobą. Wyznawaj grzechy twoje. Nie chodź na modlitwę z nieczystym sumieniem. Taka jest droga światła.

   20. (1)  Droga Czarnego jest natomiast kręta i pełna przekleństwa. Jest to bowiem droga śmierci wiecznej i kary. Spotykamy na niej wszystko, co gubi dusze: bałwochwalstwo, zuchwałość, władczą pychę, obłudę, dwulicowość, cudzołóstwo, morderstwo, rabunek, zarozumiałość, nieposłuszeństwo, podstęp, złośliwość, samowolę, trucicielstwo, magię, chciwość, lekceważenie Boga, (2) prześladowców dobra, nieprzyjaciół prawdy, miłośników kłamstwa. Wszyscy ci ludzie nie wiedzą, jaka jest nagroda sprawiedliwości, nie "podążają za dobrem" [nie szukają] sprawiedliwego sądu, nie wspierają wdów ani sierot, czuwają nie z bojaźni Bożej, lecz by zło czynić. Daleko od nich wszelka łagodność i cierpliwość, "kochają marność", "gonią za odpłatą", bez litości dla biedaka, bez współczucia dla cierpiącego, łatwo mówią źle o innych, nie uznają swego Stwórcy, mordercy dzieci, niszczący przez poronienie stworzenia Boże. Odtrącają potrzebujących, uciskają udręczonych, adwokaci bogatych, niesprawiedliwi sędziowie ubogich, grzesznicy pod każdym względem. 

   Tekst pochodzi z: "Ojcowie Apostolscy" Pisma Starochrześcijańskich Pisarzy t. XLV, wyd. ATK Warszawa 1990, s. 131-133 

piątek, 22 kwietnia 2016

Św. Hieronim - Komentarz do Ksiegi Eklezjastesa



     "Przypominam sobie, że przed pięciu laty, gdy przebywałem jeszcze w Rzymie i czytałem Eklezjastesa  świętej Blezylii, aby skłonić ją do pogardy dla tego świata i do uznania za nicość wszystkiego, co go dotyczy, zostałem przez nią poproszony, aby na sposób niewielkiego komentarza wytłumaczyć, co jest niejasne, by bez mojej pomocy mogła zrozumieć to, co czyta. Skoro jednak nagła śmierć porwała ja w momencie, gdy właśnie mieliśmy rozpocząć nasze dzieło, my zaś, Paulo i Eustochium, nie okazaliśmy się godni takiej towarzyszki naszego życia, wówczas zamilkłem dotknięty tak bolesnym ciosem. Znalazłszy się w Betlejem, o ileż bardziej chwalebnym mieście, oddaję jej pamięci oraz wam to, do czego się zobowiązałem. Nauczam zwięźle, nie idąc za żadnym autorytetem, lecz tłumacząc z hebrajskiego, w dużej zaś mierze opieram się na przekładzie Septuaginty w tych miejscach, gdzie nie oddala się ona zbytnio od tekstu hebrajskiego. Gdzieniegdzie wspominam Akwilę, Symmacha i Teodocjona, aby z jednej strony zbytnią nowością nie odstraszyć czytelnika, zmuszając go do wysiłku, z drugiej zaś, by nie postępować wbrew własnemu sumieniu i porzuciwszy źródło prawdy, podążać za strumykami rozlicznych poglądów".

  Tak rozpoczyna św. Hieronim swój komentarz do księgi Eklezjastesa, znanej także pod nazwą księgi Koheleta. Nie jest to najczęściej cytowana księga Pisma  św., ale na pewno wszyscy znamy jedno zdanie pochodzące z tej księgi. Zdanie bardzo często cytowane, a pomimo to, pochodzenie tego sformułowania zapewne nie jest znane dla wielu z osób cytujących te oto zdanie:

   " Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami - wszystko marność."

Nie była to najbardziej poczytna księga ST w starożytności chrześcijańskiej, a jednak, o dziwo, komentarze do Eklezjastesa należą do najstarszych  komentarzy chrześcijańskich do  ST. Być może ma na to wpływ tematyka tej księgi - bardziej uniwersalna i dotykająca najbardziej istotnych problemów egzystencjalnych - a tym samy bardziej interesująca dla znających filozofię grecką hellenistycznych środowisk Aleksandrii i Antiochii.  Zwłaszcza że autorstwo tej księgi przypisywano Salomonowi. Autorytet jakim cieszył się król Salomon w środowisku żydowskim zwiększył się jeszcze bardziej, gdy chrześcijanie uznali  korzystając z alegorii że Salomon - Eklezjastes jest typem Chrystusa. Chodzi głównie o tytuł "Syn Dawida" który nadaje sobie Eklezjastes - jest to również tytuł Chrystusa  - Koh 1,1 - Mt 1,1.
  Bardzo ciekawa typologię stwierdzająca istnienie trynitarnej struktury ksiąg  ST których autorstwo przypisywano Salomonowi przeprowadził Orygenes:

    "Spróbujmy najpierw zastanowić się nad taką sprawą: Kościoły Boże otrzymały trzy Księgi napisane przez Salomona. Dlaczego zatem na pierwszym miejscu stoi "Księga Przypowieści, na drugim umieszczono "Księgę Eklezjastesa", a na trzecim "Księgę Pieśni nad Pieśniami"? Oto wyjaśnienie, które mi teraz przyszło na myśl; Istnieją trzy podstawowe dziedziny nauki, dzięki którym można dojść do wiedzy o rzeczywistości:  Grecy nazywają je etyką, fizyką i enoptyką, my zaś możemy je określić jako [filozofię] moralnąm naturalną i kontemplacyjną"....
  "Filozofią moralną nazywamy naukę, która zajmuje się godnym sposobem życia oraz formułuje przepisy wiodące do cnoty. Filozofią naturalną nazywamy naukę, która obejmuje badanie natury każdej rzeczy i której cel polega na tym, aby w życiu nic się nie działo wbrew naturze i żeby każda rzecz używana była w zgodzie z tym, do czego przeznaczył ją Stwórca. Filozofia kontemplacyjna wreszcie to ta, dzięki której wzniosłszy się  ponad sprawy dostrzegalne oglądamy pewne sprawy Boże i niebieskie,a dostrzegamy je jedynie umysłem, ponieważ przekraczają one zasięg wzroku cielesnego."  

   Orygenes - "Komentarz do "Pieśni nad pieśniami" - wyd. WAM Kraków 1994, s. 22.

Tak więc przejdźmy teraz do tekstu komentarza św. Hieronima do "Księgi Eklezjastesa".