piątek, 22 kwietnia 2016

Św. Hieronim - Komentarz do Ksiegi Eklezjastesa



     "Przypominam sobie, że przed pięciu laty, gdy przebywałem jeszcze w Rzymie i czytałem Eklezjastesa  świętej Blezylii, aby skłonić ją do pogardy dla tego świata i do uznania za nicość wszystkiego, co go dotyczy, zostałem przez nią poproszony, aby na sposób niewielkiego komentarza wytłumaczyć, co jest niejasne, by bez mojej pomocy mogła zrozumieć to, co czyta. Skoro jednak nagła śmierć porwała ja w momencie, gdy właśnie mieliśmy rozpocząć nasze dzieło, my zaś, Paulo i Eustochium, nie okazaliśmy się godni takiej towarzyszki naszego życia, wówczas zamilkłem dotknięty tak bolesnym ciosem. Znalazłszy się w Betlejem, o ileż bardziej chwalebnym mieście, oddaję jej pamięci oraz wam to, do czego się zobowiązałem. Nauczam zwięźle, nie idąc za żadnym autorytetem, lecz tłumacząc z hebrajskiego, w dużej zaś mierze opieram się na przekładzie Septuaginty w tych miejscach, gdzie nie oddala się ona zbytnio od tekstu hebrajskiego. Gdzieniegdzie wspominam Akwilę, Symmacha i Teodocjona, aby z jednej strony zbytnią nowością nie odstraszyć czytelnika, zmuszając go do wysiłku, z drugiej zaś, by nie postępować wbrew własnemu sumieniu i porzuciwszy źródło prawdy, podążać za strumykami rozlicznych poglądów".

  Tak rozpoczyna św. Hieronim swój komentarz do księgi Eklezjastesa, znanej także pod nazwą księgi Koheleta. Nie jest to najczęściej cytowana księga Pisma  św., ale na pewno wszyscy znamy jedno zdanie pochodzące z tej księgi. Zdanie bardzo często cytowane, a pomimo to, pochodzenie tego sformułowania zapewne nie jest znane dla wielu z osób cytujących te oto zdanie:

   " Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami - wszystko marność."

Nie była to najbardziej poczytna księga ST w starożytności chrześcijańskiej, a jednak, o dziwo, komentarze do Eklezjastesa należą do najstarszych  komentarzy chrześcijańskich do  ST. Być może ma na to wpływ tematyka tej księgi - bardziej uniwersalna i dotykająca najbardziej istotnych problemów egzystencjalnych - a tym samy bardziej interesująca dla znających filozofię grecką hellenistycznych środowisk Aleksandrii i Antiochii.  Zwłaszcza że autorstwo tej księgi przypisywano Salomonowi. Autorytet jakim cieszył się król Salomon w środowisku żydowskim zwiększył się jeszcze bardziej, gdy chrześcijanie uznali  korzystając z alegorii że Salomon - Eklezjastes jest typem Chrystusa. Chodzi głównie o tytuł "Syn Dawida" który nadaje sobie Eklezjastes - jest to również tytuł Chrystusa  - Koh 1,1 - Mt 1,1.
  Bardzo ciekawa typologię stwierdzająca istnienie trynitarnej struktury ksiąg  ST których autorstwo przypisywano Salomonowi przeprowadził Orygenes:

    "Spróbujmy najpierw zastanowić się nad taką sprawą: Kościoły Boże otrzymały trzy Księgi napisane przez Salomona. Dlaczego zatem na pierwszym miejscu stoi "Księga Przypowieści, na drugim umieszczono "Księgę Eklezjastesa", a na trzecim "Księgę Pieśni nad Pieśniami"? Oto wyjaśnienie, które mi teraz przyszło na myśl; Istnieją trzy podstawowe dziedziny nauki, dzięki którym można dojść do wiedzy o rzeczywistości:  Grecy nazywają je etyką, fizyką i enoptyką, my zaś możemy je określić jako [filozofię] moralnąm naturalną i kontemplacyjną"....
  "Filozofią moralną nazywamy naukę, która zajmuje się godnym sposobem życia oraz formułuje przepisy wiodące do cnoty. Filozofią naturalną nazywamy naukę, która obejmuje badanie natury każdej rzeczy i której cel polega na tym, aby w życiu nic się nie działo wbrew naturze i żeby każda rzecz używana była w zgodzie z tym, do czego przeznaczył ją Stwórca. Filozofia kontemplacyjna wreszcie to ta, dzięki której wzniosłszy się  ponad sprawy dostrzegalne oglądamy pewne sprawy Boże i niebieskie,a dostrzegamy je jedynie umysłem, ponieważ przekraczają one zasięg wzroku cielesnego."  

   Orygenes - "Komentarz do "Pieśni nad pieśniami" - wyd. WAM Kraków 1994, s. 22.

Tak więc przejdźmy teraz do tekstu komentarza św. Hieronima do "Księgi Eklezjastesa".  







 

środa, 23 marca 2016

Leon Wielki i Attyla


     Dzisiaj gdy stoimy w obliczu coraz większego konfliktu cywilizacyjnego, gdy świat który wydawał się nam trwały, chwieje się w posadach warto sięgnąć do kart historii żeby przekonać się jak było w czasach gdy chyliło się ku upadkowi Imperium Rzymskie, gdy "pax romana" przechodziło do historii. To, co wydawało się niezniszczalne, padało jak domek z kart.
   Początek V wieku to nieustanny napór  plemion barbarzyńskich, a zwłaszcza Hunów, na granice imperium. Nie pomógł trybut płacony przez władców  Cesarstwa. Hunowie runęli na zachód.  Mogą oni uchodzic za protoplastów dzisiejszych terrorystów. Wieść o ich okrucieństwach wyprzedzała wojnę. Nic więc dziwnego że praktycznie Hunowie pod wodzą Attyli nie napotykali oporu.  Nie będę tutaj opisał dziejów wojny, która dla Rzymian, pomimo zwycięstwa na Polach Katalaunijskich w r. 451, była praktycznie nie do wygrania.  W r. 452 Attyla rusza na Italię. Po zdobyciu Rawenny I Akwilei droga na Rzym staje otworem. Ale w tym momencie dochodzi do spotkania które obrosło legendą.  Oto do obozu wodza Hunów położonego nad rzeką Mincjus przybywa delegacja  na czele której stoi papież św. Leon Wielki. Oto jak kronikarze zapisali przebieg tego wydarzenia:

                            Prosper z Akwitanii - Epitoma chronicae (Zarys kroniki)

  "Attyla uzupełniwszy swoje siły, jakie w Galii utracił, zamierzał wkroczyć do Italii drogą przez Panonię. Nasz wódz, Aecjusz, mimo że miał przed oczyma wyniki poprzedniej walki, niczego nie przedsiębrał tak, iż dla zahamowania postępów wroga nie skorzystał nawet z tej zapory, jaką stanowiły Alpy. Ucieczkę z Italii razem z cesarzem uważał za ostatnią deskę ratunku, jaka mu została. Lecz ten zamiar wydał się tak hańbiący i niebezpieczny, że poczucie wstydu wzięło górę nad lękiem, a przypuszczając, że spustoszenie rozległych obszarów, tylu szlachetnych prowincji potrafi nasycić srogość i zachłanność wroga, uznał w toku narad z cesarzem, senatem i ludem rzymskim, że jedynym zbawiennym rozwiązaniem będzie nawiązanie przez misję dyplomatyczną pertraktacji pokojowych z krwiożerczym królem. Wykonania tego planu podjął się błogosławiony papież Leon razem z byłym konsulem Awienem i prefektem Trygetiusem. Ufał w pomoc Bożą, która nigdy nie opuszcza wiernych, gdy znajdą się w trudnościach. I nic innego nie nastąpiło, jak to, czego się w swej głębokiej wierze spodziewał. Attyla przyjął łaskawie całą delegację i tak ucieszył się obecnością najwyższego kapłana, że wydał rozkaz zaprzestania wojny, przyrzekł pokój i odszedł na drugą stronę Dunaju."

  W listopadzie 452 roku podpisano pokój. Attyla syty łupów wycofuje się. A jak przedstawił spotkanie papieża Leona z wodzem Hunów inny kronikarz piszący 100 lat później, żyjący w VI wieku Jordanes?
   W swoim dziele poświęconym w zasadzie dziejom Gotów - plemienia germańskiego które wtargnęło, podobnie jak Hunowie, na tereny Cesarstwa Rzymskiego. Jednakże Goci w przeciwieństwie do Hunów pozostali na terenie Italii i stworzyli tutaj swoje państwo.

                                     Jordanes -  Getica ( O początkach i czynach Gotów)  

     "Kiedy Attyla nosił się z myślą wkroczenia do Rzymu, odwodzili go od tego - jak podaje historyk Priscus - jego dworzanie. Nie myśleli wcale o dobru miasta, do którego byli nieprzyjaźnie nastawieni, lecz przypomnieli mu przykład Alaryka, dawnego króla Wizygotów; albowiem bali się o losy swego króla, ponieważ Alaryk po zdobyciu Rzymu już nie pożył długo, lecz wkrótce umarł.
    Kiedy więc w głowie jego kotłowały się myśli co do tej niebezpiecznej sprawy, czy iść czy nie iść, i kiedy wśród tych deliberacji zwlekał z decyzją, przybyło do niego z Rzymu pokojowe poselstwo. Oto bowiem sam papież Leon przyszedł do niego w miejscowości Wenetów, Ambuleium, gdzie gromady kupców przeprawiają się przez rzekę Mincjo. Attyla poniechał zaraz okrutnych działań wojennych, a wróciwszy skąd przyszedł, zawrócił za Dunaj i przyrzekł pokój. Przede wszystkim jednak oznajmił i wśród pogróżek oświadczył, że sprowadziłby na Italię daleko cięższy los, gdyby siostra cesarza Walentyniana Honoria, córka cesarzowej Placydii, nie przysłała mu części należnych sobie skarbów królewskich. Opowiadano bowiem, że ta Honoria ponieważ dla zachowania przystojności dworu została na polecenie brata przymuszona do zachowania czystości i zamknięta, wezwała przez eunucha potajemnie Attylę, aby oparł się na jej pomocy przeciw siłom brata. Zbrodnia to doprawdy niegodna, by przez publiczne nieszczęście zdobyć swobodę dla chuci." 

   Wraz z upływem lat legenda dotycząca spotkania papieża Leona z Attylą obrasta nowymi cudownymi wydarzeniami towarzyszącymi temu spotkaniu. Attyla która stał się symbolem okrucieństwa nie cofającego się przed niczym staje się tutaj przykładem iż nawet najbardziej brutalna siła nie ma szans w spotkaniu z prawdziwą świętością. Postawa papieża Leona staje się przykładem skuteczności mediacji popartej osobistym autorytetem oraz autorytetem Kościoła ktory nie waha się w obliczu zagrożenia stanąć w obronie ludu.
  Oto jak to spotkanie opisał żyjący w VIII wieku - Paweł Diakon.

                                Paweł Diakon -   Historia Romana ( Historia Rzymian)

      "Następnie Hunowie złupili w podobny sposób miasta Emilii i wreszcie rozbili obóz w miejscu, gdzie rzeka Mincio wpada do Padu. Tu zatrzymał się Attyla bijąc sie z myslami, czy ma wkroczyć do Rzymu, czy nie. Nie chodziło mu wcale o miasto, do którego był wrogo nastawiony, ale z trwogą wspominał wypadek z Alarykiem, ktory zmarł niebawem po zajęciu miasta. Gdy więc rozważał te zmienne losów koleje, nieoczekiwanie przybyło doń z Rzymu pokojowe poselstwo.
    Oto bowiem stanął przed nim sam mąż najświętszy, papież Leon. Gdy wszedł do króla barbarzyńców, uzyskał odeń wszystko, o co go prosił i dzięki temu przyniósł ocalenie nie tylko Rzymowi, ale i całej Italii. Wystraszony bowiem za sprawą Bożą Attyla nie potrafił Kaplanowi Chrystusowemu nic innego powiedzieć, jak tylko to, czego on sobie życzył. Wieść niesie, że po odejściu papieża zapytano Attylę, dlaczego wbrew swojemu zwyczajowi okazał tak wielki szacunek rzymskiemu papieżowi, bo niemal na wszystko, czego on żądał, zgodę swoją wyraził. Król odpowiedział wówczas, że nie przeląkł się tego, który doń przyszedł, lecz że ujrzał obok niego innego męża w szatach kapłańskich, o dostojnej postaci i siwizną czcigodnego, który dobytym mieczem groził mu śmiercią, jeżeli nie wypełni wszystkiego, czego papież żąda."   

   Teksty pochodzą z: Andrzej Bober - "Antologia patrystyczna" wyd. WAM Kraków 1965 s.286-287; 312-313; 326-327.  

niedziela, 28 lutego 2016

Ewagriusz z Pontu - kilka uwag o drodze życia.


   Ewagriusz z Pontu - uczony, mnich, asceta - ucieka na pustynię, aby tam szukać swojej drogi do Boga. Na szczęście pozostawił na swoje myśli. Nie wszystkie pisma Ewagriusza zachowały się, ale to co posiadamy jest wyjątkowo cenne. Jest nie tylko świadectwem duchowości ojców pustyni, ale także wyjątkowo aktualną wskazówką dla współczesnych.

  Ten mnich z IV wieku w sposób wyjątkowo bolesny dla współczesnego człowieka pokazuje nam nasze wady, a jednocześnie mówi jaka powinna być nasza  droga przez życie.
Albowiem początkiem naszej wędrówki ku Bogu zawsze jest wiara:

     "W istocie nie ma takiego, kto czyniłby nieprawość, a przy tym szukał sprawiedliwości, ani takiego, kto nienawidziłby bliźniego, a szukał miłości, ani takiego, kto kłamałby, a szukał prawdy. To zatem jest szukaniem naszego Pana: zachowywanie przykazań wraz z nieskazitelną wiarą i "prawdziwym poznaniem" -  Ewagriusz, List 20,2.

   Tak pisze Ewagriusz w liście do diakonissy Sewery - nie można podążać drogą prawdy brnąc jednocześnie w kłamstwo. Tym bowiem charakteryzuje się dojrzała wiara - uznaniem obecności Boga poprzez zachowywanie przykazań i życie zgodne z "prawdziwym poznaniem" czyli nauką Kościoła. W "Napomnieniach dla dziewicy" o konieczności życia zgodnego z nauczaniem Kościoła tak pisze:

    54 "Widziałem mężów zwodzących dziewice przez swe nauki i czyniących próżnym ich dziewictwo. Ty zaś, córko, słuchaj rozstrzygnięć Kościoła Pana, a nie daj się przekonać nikomu z zewnątrz."

niedziela, 21 lutego 2016

Cyprian z Kartaginy - List 65


    Św. Cyprian z Kartaginy - jeden z największych Ojców Kościoła, żyjący w III wieku kapłan "był pierwszym biskupem, jaki w Afryce zdobył koronę męczeństwa". Będąc już biskupem musiał stawić czoła problemom związanym z  prześladowaniami chrześcijan jakie miały miejsce za panowania cesarza Decjusza w 250 roku, a następnie cesarza Waleriana w latach 257-258.  Po ustaniu prześladowań musiał podejmować decyzje dotyczące tzw. lapsi  -upadłych, czyli tych którzy pod wpływem represji i strachu o życie ulegli prześladowcom i składali ofiary pogańskim bogom. Teraz natomiast pragnęli powrócić do wspólnoty.
   Warto poznać motywy jakimi kierował się św. Cyprian oceniając takie postawy. Zwłaszcza dzisiaj gdy z podobnymi problemami spotykamy się, próbując dokonać oceny postępowania ludzi którzy w obliczu represji  ulegali swoim prześladowcom, dobrze jest sięgnąć do przykładów z początków istnienia Kościoła i zobaczyć jaka powinna być prawdziwie chrześcijańska postawa wobec takich ludzi.
  Opis takiej sytuacji możemy znaleźć w jednym z zachowanych listów św. Cypriana:

                                                         LIST   65

    Odpowiedź na list biskupa Epikleta, skarżącego się na swego poprzednika, roszczącego
      sobie pretensje do biskupstwa po swoim załamaniu się w czasie prześladowania.

                                                                                                                          List z 253 r.

                           Cyprian pozdrawia brata Epikleta i cały lud w Assuras   

     1. Bardzo boleśnie, najdrożsi bracia, dotknęła mnie wiadomość, że Fortunation, były wasz biskup, po wielkim swoim upadku chce uchodzić za niewinnego i rości sobie pretensje do ponownego objęcia biskupstwa. Ta rzecz mnie zasmuciła w pierwszym rzędzie ze wzgledu na niego samego. Ten biedak albo przez szatańskie ciemności całkowicie zaślepiony albo czyjąś świętokradzką namową oszukany, mimo że powinien zadośćuczynić i dla przebłagania Pana dniami i nocami oddawać się łzom, modlitwom i prośbom, teraz odważa się domagać kapłaństwa, które utracił; jakby to było godziwe od stołów ofiarnych diabła przystąpić do ołtarza Boga. Czy ten w dniu sądu nie sprowadzi na siebie tym większego gniewu i oburzenia Pana, kto nie mogąc dla braci być wodzem wiary i mocy, stał się dla nich nauczycielem zdrady, zuchwalstwa, zarozumiałości i kto nie nauczał braci, aby w bitwie stali odważnie, uczy pokonanych i obalonych, aby się nie modlili? A jednak Pan mówi : "tym wylewałeś płynną ofiarę, ofiarowałeś obiatę. Czy więc się o to gniewać nie będę, mówi Pan?" - Iz 57,6. A w innym miejscu: "Kto ofiaruje bogom, oprócz samemu Panu, zostanie wykorzeniony" - Wj 22,19. Również i Pan oświadcza i mówi: "Kłaniali się dziełu rąk swoich, które uczyniły palce ich. I skłaniał się człowiek i uniżał się mąż i nie odpuszczę im" - Iz 2,8n. A i w Apokalipsie czytamy, jak Pan grozi i mówi: "Kto odda cześć bestii i posągowi jej, a znamię jej nosić będzie na czole swoim i na ręce, ten będzie pić wino gniewu Boga, które jest zmieszane w pucharze gniewu jego i będzie karany ogniem i siarką na oczach świętych aniołów i na oczach Baranka. A dym męki ich wznosić się będzie w górę na wieki wieków. Nie znajdą odpocznienia we dnie i w nocy, którzy oddają cześć bestii i posągowi jej" - Ap 14,9nn.

     2. Jeśli więc takimi mękami, takimi katuszami grozi Pan w dniu sądu tym, którzy są posłuszni diabłu i bożkom składają ofiary, to jakże ten może sądzić, że powinien występować jako kapłan Boga, skoro słuchał i służył kapłanom diabła, i że może składać Bogu ofiary i do modlitwy Pańskiej wyciągać tę rękę, która zawiniła świętokradztwem i występkiem? Przecież w Pismach Bożych Bóg zakazał kapłanom przystępować do składania ofiar, nawet gdyby mniejszą winą byli skalani. Tak mówi w księdze Kapłańskiej: "Człowiek, który by miał jaką winę lub plamę, niech nie przystępuje, aby ofiarować dary Bogu" - Kpł 21,17 . A podobnie w księdze Wyjścia: "Kapłani, którzy przystępują do Pana Boga, niech się poświęcą, aby ich Pan nie opuścił" - Wj 19,22. Lub "ci, którzy przystępują sprawować ofiarę u ołtarza świętego, nie mają mieć żadnej winy, aby nie pomarli" - Wj 28,43. Ci więc, którzy dopuścili się wielkich występków, tj. którzy figurom bożków złożyli świętokradzkie ofiary, do kapłaństwa Boga nie mogą rościć sobie prawa, ani też w jego obliczu żadnej modlitwy zanosić za braci. Napisane jest bowiem w Ewangelii: "Bóg grzesznika nie wysłuchuje, jednakże wysłuchuje tego, kto czci Boga i Jego wolę spełnia" - J 9,31. Jednakże głębokie ciemności serca niektórych tak zaślepiają, że nie przyjmują żadnego światła ze zbawiennych nakazów, lecz gdy raz zejdą z należytej ścieżki prawdziwej drogi, noc i błąd występków, jakie popełnili, porywa ich w przepaść. 

     3. Nic dziwnego, że nasze rady i nakazy Pana odrzucają teraz ci, którzy Pana się zaparli. Pragną jałmużn, ofiar i zysków, których przedtem pożądali nienasycenie i teraz łakną biesiad, uczt, na których codziennie obciążając sobie żołądki, wymiotowali z powodu niestrawności. Okazało się to teraz najwidoczniej, że przedtem nie religii, lecz raczej żołądkowi i zyskom służyli z żadzą bezbożną. Dlatego, jak widzimy i wierzymy, Bóg wypróbowawszy ich, zeslał na nich karę, aby już nie stali przy ołtarzu, żeby rozpustnicy nie stykali się więcej z czystością, przeniewiercy z wiarąm bezbożni z religią, po ziemsku myślący z rzeczami bożymi, świętokradcy z tym, co święte. Ze wszystkich sił starać się należy, aby tacy nie powrócili i nie kalali ołtarza i nie zarażali braci. Usilnie, o ile zdołamy, winniśmy się o to troszczyć, żeby ich od występnego zuchwalstwa powstrzymać i nie dopuścić, aby pełnili obowiązki kapłańskie ci, którzy ulegli najgorszej śmierci i bardziej zawinili, niż upadli świeccy.

     4. Gdyby jednak nieuleczalna zaciętość owych szaleńców i noc ich ślepoty, wywołanej usunięciem się Ducha Świętego, dalej trwać miały, to zamierzamy wszystkich braci odłączyć od ich oszustwa, aby żaden nie dostał się w sidła błędu i od nich się nie zaraził. Nie może tam Ofiara być poświęcona, gdzie nie ma Ducha Świętego / Cyprian jest przekonany, że ofiara eucharystyczna złożona przez kapłana upadłego jest nieważna/. Nikomu swymi modlitwami i prośbami u Pana ten nie pomoże, kto sam obraził Pana. Gdyby jednak Fortunation w swej zawziętości, lub nie pamiętając o swym występku, stał się najemnikiem i sługą szatana dla oszukiwania wiernych, to jak tylko możecie, pracujcie, aby w tych ciemnościach, wywołanych przez szatana, umysły braci trzymać z dala od błędu, żeby łatwo nie przytakiwali cudzej głupocie, nie brali udziału w występkach zatraceńców, aby nienaruszenie dbali o swe zbawienie i ze stałą mocą trzymali się swej posiadanej i strzeżonej nieskazitelności. 

     5. Upadli zaś, zdając sobie sprawę z tak wielkiej swej winy, niech nie przestają prosić Pana i nie opuszczają Kościoła katolickiego, który jako jedyny i sam tylko, został przez Pana ustanowiony. Niechaj zadość czyniąc i prosząc Pana o miłosierdzie, pukają do Kościoła, aby tam zostali przyjęci, gdzie byli poprzednio, i wrócili do Chrystusa, od którego odstąpili. Niech nie słuchają tych, którzy ich oszukują fałszywym i zgubnym podstępem. Napisane jest bowiem : "Niechże was nikt nie zwodzi próżnymi słowy, bo za to zaciąga gniew Boga na synów niedowiarstwa. Nie wchodźcie więc z nimi w uczestnictwo" - Ef 5,6n. Niechże więc z upartymi, z tymi, którzy Boga się nie boją i całkowicie odstępują od Kościoła, nikt się nie wdaje. Jeśli jednak kto nie ma cierpliwości, aby obrażonego Boga prosić o przebaczenie i nie chce nam ulegać, to musi sobie przypisać zgubę, gdy nadejdzie dzień sądu. Jakże bowiem w ten dzień będzie mógł prosić Pana ten, kto przedtem zaparł się Chrystusa, a teraz też Kościoła Chrystusowego; ten nie chce słuchać biskupów rozumnych, nieskazitelnych i energicznych, staje się towarzyszem i wspólnikiem tych, którzy na śmierć są skazani.  
     Miejcie się zawsze dobrze, bracia najdrożsi.

  Tekst pochodzi z: św. Cyprian - Listy w: Pisma Starochrześcijańskich Pisarzy, t. 1, s. 217-220, wyd. ATK Warszawa 1969



  


   

środa, 17 lutego 2016

Kapreol z Kartaginy - List do Soboru Efeskiego


   Rok 431 - od ponad 50 lat zachodnią część Cesarstwa zalewają kolejne fale najeźdźców. Kolejne plemiona germańskie przenikają  na praktycznie bezbronne tereny tak potężnego do niedawna Cesarstwa.  Goci, Wizygoci, Swebowie, Burgundowie, Frankowie, Wandale - napływają nieustannie na wybrzeża M. Śródziemnego. W oblężonej przez Wandalów, Hipponie umiera w r. 430 św. Augustyn.
  Podczas gdy zachodnią częścią Cesarstwa wstrząsają wojny, wschodnią część Cesarstwa jest wstrząsana konfliktami religijnymi.  Przyczynia sie do tego także pozycja cesarza który staje się jednocześnie przywódcą politycznym ale i także religijnym.  Podejmowane przez cesarzy próby rozwiązywania konfliktów teologicznych przynoszą nieraz opłakane skutki. Do takiego konfliktu dochodzi także w momencie gdy patriarchą Konstantynopola zostaje Nestoriusz. Myśliciel wychowany w antiocheńskiej tradycji jest zdecydowanym zwolennikiem oddzielenia tego, co boskie, tego, co ludzkie w Jezusie. Konsekwencja tego sposobu myslenia jest stwierdzenie że Maria nie może być w ścisłym pojęciu nazywana "Matką Boga" - Theotokos,  lecz jedynie "Matką Chrystusa" - Christokos.
   Ostatecznie, cesarz Teodozjusz  II decyduje się na zwołanie soboru w Efezie. Nie będę tutaj mawiał przebiegu Soboru. Chciałbym zwrócić uwagę na treść listu wysłanego przez biskupa Hippony - Kapreola, włączonego do akt soborowych.  Był on następcą św. Augustyna  zaproszonego przez cesarza do Efezu. Niestety, list dotarł gdy adresat juz nie żył.  Biskup Kapreol - następca Augustyna w imieniu swoim i innych biskupów afrykańskich wysyła przez diakona Bessulę "List do Soboru Efeskiego", w którym powiadomił, że przybyć nie może z powodu krótkości czasu i niebezpieczeństwa związanego z okupacją Wandalów.
  Jednocześnie prosi Ojców soborowych o pozostawienie bez zmian tego, co tradycja zdefiniowała. Z tego właśnie względu treść tego listu jest niesłychanie ważna. Nie można ulegać pokusie ponownego definiowania prawd wiary, tylko dlatego że trzeba iść z duchem czasu. Dzisiaj także świat jest wstrząsany konfliktami politycznymi, w ślad za nimi idą problemy moralne. Nacisk na Kościół w kwestii zmiany nauczania jest niesłychanie silny. Warto więc posłuchać głosu biskupa sprzed 1500 lat.

               LIST KAPREOLA z KARTAGINY DO SOBORU EFESKIEGO


    "1. Czcigodnym, błogosławionym i świętym współsługom, zbierającym się zewsząd na święty sobór - Kapreol przesyła pozdrowienie.
2. Pragnąłem, Bracia najdrożsi, żeby czcigodny wasz sobór mógł się odbyć w takich warunkach, żebyśmy i my mogli posłać oficjalną delegację wybraną przez wspólne głosowanie spośród braci i współbiskupów naszych, a nie pożałowania godną odmowę. Różne niestety przeszkody stanęły w poprzek naszym wysiłkom.
3. I tak po pierwsze: dotarł do naszych rąk list Pana i Syna naszego, pobożnego cesarza Teodozjusza, ze specjalnym wezwaniem błogosławionej pamięci brata naszego i współbiskupa Augustyna do osobistego stawienia się na sobór. List ten nie zastał go już przy życiu.
4. Wobec tego uznałem to cesarskie wezwanie, choć było skierowane do wspomnianego Augustyna, za wysłane do mnie i postanowiłem przez oficjalną korespondencję i zwykłe ustne rozmowy zwołać ogólnoafrykański synod, żeby spośród braci i współbiskupów naszych wybrać delegację i wysłać ją na wasz czcigodny i dostojny sobór.
5. Jednakże w chwili obecnej wszystkie drogi są zamknięte. Ogromne zastępy wrogów zalały kraj, wszystkie prowincje okropnie zniszczono, ludność częściowo wymordowano, częściowo wyprowadzono w niewolę - oto żałosny obraz spustoszenia, jakie na każdym kroku rzuca się w oczy. Takie oto były przeszkody, które całkowicie uniemożliwiły biskupom afrykańskim odbycie wspólnego zjazdu.
Do tego trzeba dodać jeszcze i to, że list cesarza nadszedł do nas w dniach Paschy, kiedy do otwarcia czcigodnego soboru pozostały zaledwie dwa miesiące, co ledwie by starczyło na zwołanie synodu afrykańskiego, nawet gdyby nie zaszły żadne trudności ze strony nieprzyjaciół.
6. W rezultacie - choć w żaden sposób nie zdołaliśmy wyznaczyć delegatów, to przecież z uwagi na szacunek, jaki należy się dyscyplinie kościelnej - wysyłamy, czcigodni Bracia, naszego syna, diakona Bessulę, z listem usprawiedliwiającym naszą nieobecność.

7. Jestem wprawdzie głęboko przekonany,  że wiara katolicka przy pomocy Bożej utwierdzi się pod każdym względem na tym wielkim soborze czcigodnych biskupów, to jednak kieruję do Was, Bracia świętobliwi, następujące wezwanie: umocnieni łaską Ducha Świętego, który będzie Was - jak wierzymy - wspomagał we wszystkich czynnościach, odrzućcie nowe i dotąd uszom kościelnym obce nauki mocą autorytetu prowincji i postawcie tamę nowym wszelkiego rodzaju błędom. Idzie o to, aby błędy dawno już przez Kościół potępione i w czasach, w których się narodziły, powagą Stolicy Apostolskiej i zgodnym wyrokiem biskupów odrzucone, nie były pod pozorem ponownego przedyskutowania jeszcze raz wznawiane, skoro już dawno głos im odebrano.


8. Gdyby atoli wyłoniły się jakie nowe zagadnienia, trzeba je albo uznać i przyjąć, albo potępić i odrzucić. Gdyby ktoś dopuścił do ponownego dyskutowania tego, co już dawno zostało osądzone, da tylko dowód, że sam uwikłał się w wątpliwości w wierze, którą dotąd wyznawał.
9. Trzeba również z uwagi na przyszłe pokolenia i to jeszcze mieć na oku: aby to, co na obronę wiary zostało obecnie zdefiniowane, mogło na zawsze swą ważność zachować, trzeba, aby to, co przez ojców zostało już zdefiniowane, było przestrzegane. Jeżeli zatem na wieki ma trwać to, co zostało dla utwierdzenia wiary katolickiej postanowione, należy to umacniać nie własną powagą, lecz decyzją starych [Ojców]. Gdy zatem to, czego ktoś mocno się trzyma, jest potwierdzone zarówno przez stare jak i nowe definicje, wówczas jest jasne, że taki głosi i trzyma się jedynej prawdy Kościoła katolickiego, płynącej w nieskazitelnej czystości i z niezrównaną powagą od dawnych czasów, aż do naszych dni.
10. Takie oto myśli podsuwam czcigodnym uszom Waszym w miejsce poselstwa afrykańskiego, którego wspomniane przeszkody wysłać nam nie pozwoliły. Proszę Was gorąco, abyście naszej nieobecności nie chcieli uważać za wynik pychy czy ospałości, lecz sytuacji przymusowej i abyście wzięli pod uwagę obiektywne klęski, jakie nas nawiedzają w obecnej chwili.".

   Ważne słowa: "aby to, co na obronę wiary zostało obecnie zdefiniowane, mogło na zawsze swą ważnośc zachować, trzeba, aby .....było przestrzegane".

  Jak ważne to były słowa niech świadczy o tym Wincenty z Lerynu - mnich żyjący w wspólnocie na śródziemnomorskim wybrzeżu dzisiejszej Francji, miejscu oddalonym o tysiące kilometrów od Efezu. A jednak i tutaj docierają echa sporów chrystologicznych toczonych w wschodniej części cesarstwa. Jednoznaczne stanowisko biskupów jest dowodem na to jak wierność Tradycji była ważnym elementem w tworzeniu teologii wtedy gdy jeszcze ciągle toczyły się spory. 


                                                                  XXXI

   "Po tym  wszystkim dorzuciliśmy także słowa błogosławionego Cyryla, które znajdują się w aktach kościelnych. Po odczytaniu listu świętego Kapreola, biskupa Kartaginy, który jedynie o to gorąco błagał, by stłumiono nowości, a broniono dawnych zasad - przemówił biskup Cyryl i złożył oświadczenie, które nie od rzeczy będzie i tutaj także przytoczyć. Czytamy oto na końcu aktów: "I ten list czcigodnego i głęboko religijnego biskupa kartagińskiego Karpeola, który został odczytany, należy włączyć do aktów sprawy. Zdanie jego jest jasne: żąda, by wzmocniono dogmaty dawnej wiary i potępiono stanowczo nowe, zbyteczne, bezbożnie rozgłoszone wymysły. Wszyscy biskupi zawołali: To jest głos wszystkich, to wszyscy mówimy, to jest życzeniem wszystkich." Jakiż to jest głos wszystkich, jakie życzenie? Oczywista, by zatrzymano dawną tradycję, a wypleniono niedawne wymysły. Potem z podziwem wysławialiśmy wielką pokorę i świętość tego Soboru. Ci tak liczni kapłani, przeważnie metropolici, ludzie tak wykształceni i uczeni, że prawie wszyscy rozprawiać mogli o dogmatach, którym więc to zejście się w jednym miejscu mogło tylko dodać bodźca do śmiałych poczynań - ci mimo tego nic nowego nie głosili, żadnych zgoła ani uprzedzeń ani uroszczeń nie mieli; przeciwnie, wszelkimi sposobami o to tylko dbali, żeby potomności nic takiego nie przekazać, czego sami od ojców nie otrzymali; a pragnęli przy tym nie tylko na teraz dobrze sprawę załatwić, lecz i potomnym zostawić przykład, jak mają kochać dogmaty świętej dawności, a potępiać wymysły bezbożnych nowinek. Zgromiliśmy także niegodziwą zarozumiałość Nestoriusza, który się chełpił, że on pierwszy i jedyny Pismo święte rozumie, a nie pojmowali go ci wszyscy, którzy przed nim, piastując urząd nauczycielski, roztrząsali słowo Boże, zatem wszyscy kapłani, wszyscy wyznawcy i męczennicy, z których jedni Prawo Boże wykładali, drudzy zaś wykład ten z wiarą przyjmowali; zgromiliśmy Nestoriusza, który śmiał twierdzić, że Kościół i teraz bladzi i przedtem błądził, ponieważ jego zdaniem szedł zawsze za nieoświeconymi i omylnymi nauczycielami."

   Można tylko jedno powiedzieć - czytajmy Ojców i słuchajmy ich głosu.


   Teksty pochodzą z: List Kapreola - Vox Patrum 15/1988 s. 1039 - 1042  
                                  Wincenty z Lerynu - "W obronie wiary katolickiej" - wyd. Antyk 1998, s. 61 
 

czwartek, 29 października 2015

Jan Klimak - Drabina raju - rozdział 4 - O posłuszeństwie


     Nieustannie słyszymy o potrzebie uzewnętrzniania naszych potrzeb, o tym, że najważniejsza jest samorealizacja, że najbardziej szczęśliwi będziemy wtedy gdy osiągniemy swoje cele i spełnimy swoje marzenia. W efekcie najważniejszy jestem "ja" inni? - jakoś zaczyna  brakować dla nich miejsca.
Zapominamy przy tym że dla chrześcijanina istnieje nieco inny porządek. Istnieje jeszcze inna gramatyka, chrześcijańska gramatyka. A tutaj mamy do czynienia z całkiem innym porządkiem.
Pierwsza osoba - to "On" - Bóg,
Druga osoba - to Ty "bliźni"
a na trzecim miejscu znajduję się - "ja".

 Podporządkowanie się takiemu porządkowi, poprzez wyrzeczenie się egoizmu jest możliwe tylko dzięki pielęgnowaniu cnoty posłuszeństwa . Posłuchajmy jak o posłuszeństwie mówi św. Jan Klimak - jeden z ojców chrześcijańskiej duchowości - mnich żyjący w VII wieku w klasztorze na górze Synaj. Oto co pisze w swoim dziele: "Drabina raju":

                                                                Rozdział IV 
     
                            O błogosławionym i zawsze wychwalanym posłuszeństwie

    ....3 Posłuszeństwo jest całkowitym wyrzeczeniem się własnej duszy, pokazywanym przez działania ciała. Albo, być może, odwrotnie, posłuszeństwo jest obumarciem ciekesnych członków przy żyjącym umyśle. Posłuszeństwo jest niezbadanym ruchem, dobrowolną śmiercią, prostym życiem, spokojem w niebezpieczeństwie, prostą, nie ćwiczoną mową obrończą przed Bogiem, nieustraszonością wobec śmierci, bezpieczną żeglugą, wędrówką pogrążonych we śnie. Posłuszeństwo jest grobem własnej woli i zmartwychwstaniem pokory. Posłuszny jak martwy nie sprzeciwia się i nie wyróżnia ani w dobrym, ani w tym, co wydaje się złe. Bo za wszystko odpowiada ten, kto pobożnością umartwił jego duszę. Posłuszeństwo jest pozbyciem się rozróżnień przy obfitości rozróżnień. 

      4. Początek umartwiania tak woli duszy, jak i członków ciała jest bolesny; środek niekiedy bywa bolesny, a niekiedy obywa się bez cierpień, przy końcu dochodzi już do zupełnej niewrażliwości i niewzruszoności wobec cierpienia. Błogosławiony żywy umarły, który doznaje cierpień i jest przygnębiony, wtedy gdy widząc siebie czyniącego własną wolę, boi się ciężaru Sądu nad sobą. 

piątek, 16 października 2015

Św. Augustyn - Kazanie 20


    Ilość dzieł jakie pozostawił św. Augustyn jest wręcz oszałamiająca, a nie mamy przecież pewności, że do naszych czasów dotarły wszystkie dzieła jakie stworzył ten niezwykły kapłan. Tym co jest najbardziej charakterystyczne dla tej spuścizny to fakt że obok dzieł na najwyższym poziomie teologicznym i filozoficznym zachowały się także mowy oraz kazania. Św. Augustyn to nie tylko teolog zagłębiony w wyrafinowanych intelektualnie rozważaniach ale także duszpasterz. Kapłan zatroskany o swoich wiernych, o to aby prowadzili życie godne. Za pomocą przykładów z Pisma stara się zwrócić uwagę na potrzebę nawrócenia.
  Przykładem tej troski duszpasterskiej jest kazanie wygłoszone skierowane do wiernych bądź zaraz po święceniach kapłańskich w roku 391, bądź na początku jego posługi biskupiej w r. 396. Ta druga wersja wydaje się być bardziej prawdopodobna gdyż w pierwszych wiekach nauczanie i wykładanie Pisma św. było obowiązkiem i przywilejem wyłącznie biskupów. Chociaż pod koniec IV wieku ta tradycja zaczyna powoli zanikać.

   Oto treść tego bardzo sugestywnego kazania:

                                         
                                                Kazanie  20
      "Stwórz we mnie, o Boże, serce czyste"
     1. Jednogłośnie i zgodnym sercem błagaliśmy Pana o serce nasze, mówiąc: "Stwórz we mnie, o Boże, serce czyste i odnów w mojej piersi prawego ducha" (Ps 50,12) Dlatego podług łaski Pana posłużymy wam kilkoma myślami, jakimi natchnie nas Pan. Autorem Psalmu jest człowiek, który odczuwa skruchę, pragnie odzyskać utraconą nadzieję, a ponieważ upadł, leży i błaga, by podniosła go ręka Pana. Jest on podobny do tego, który zdolny był zadawać sobie rany, ale sam nie był w stanie się uzdrowić. Bo tak jak możemy wymierzać sobie razy i ranić nasze własne ciało, kiedy tylko zapragniemy, lecz aby je uzdrowić, szukamy lekarza, i tak również nie jest w naszej mocy uzdrawiać samych siebie, chociaż w naszej jest mocy ranić się; tak samo i nasza dusza, sama może grzeszyć, ale żeby została wyleczona z ran, jakie grzesząc sobie zadała, błaga o leczniczą rękę Boga. Dlatego mówi się w innym psalmie: "Powiedziałem: O Panie, zmiłuj się nade mną! Uzdrów duszę moją, bo zgrzeszyłem przeciw Tobie!" (Ps 40,5). Słowa: "Powiedziałem: O Panie..." wypowiedziane zostały po to, aby wyraźnie zaznaczyć, że wola i chęć grzeszenia rodzą się w duszy i ma ona dość mocy, by zgubić siebie, ale tylko Bóg może odnaleźć to, co zginęło i zbawić to, co samo zadało sobie rany: "Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło" (Łk 19,10). Do Niego więc zanosząc nasze błagania wołamy: "Stwórz we mnie, o Boże, serce czyste i odnów w mojej piersi ducha prawego" (Ps 50,12). Rak niech woła dusza, która zgrzeszyła, aby tracąc nadzieję, nie zginęła jeszcze bardziej, jeśli już zginęła przez grzech.
     2.  Oczywiście, z całych sił powinniśmy przede wszystkim starać się o to, żeby nie zgrzeszyć, żeby nie zżyć się i nie zaprzyjaźnić z grzechem, jak z wężem. Bo on swoim jadowitym ukąszeniem gubi grzesznika i nie jest tym, z czym można się zaprzyjaźnić. Gdyby jednak grzech przypadkiem albo gnębił słabego, albo podszedł nieostrożnego, albo schwytał błądzącego, albo zwiódł przez powtórzenie się błędu, to dusza niech nie wstydzi się przyznać i niech nie szuka usprawiedliwienia, lecz oskarżenia samej siebie.
     Dlatego właśnie autor w innym psalmie modlił się, mówiąc: "Postaw, o Panie, straż moim ustom i wartę przy bramie warg moich. Mojego serca nie skłaniaj do złego słowa, do szukania wymówek w grzechach" (Ps 140,3-4). Kto zachęca cię do grzechu? Jego przede wszystkim należy odrzucić. A jeżeli już dałeś się nakłonić? Nie staraj się usprawiedliwiać grzechu, lecz raczej go oskarżaj. Bo kto powiedział "Stwórz we mnie, o Boże, serce czyste", w taki sposób zaczął: "Zmiłuj się nade mną, o Panie, według wielkiego miłosierdzia twego" (Ps 50,3). O wielkie miłosierdzie błaga wielki grzesznik. Wielka rana wymaga wielkiego lekarstwa. W tym także psalmie jest powiedziane: "Odwróć swe oblicze od grzechów moich i wymaż wszystkie moje przewinienia. Stwórz we mnie, o Boże, serce czyste" (Ps 50,11-12). Bóg więc odwraca swe oblicze od grzechów tego, kto przyznaje się do nich i kto oskarża samego siebie, a Jego błaga o pomoc i miłosierdzie. Bóg więc odwrócił swe oblicze od grzechów tego człowieka, ale nie odwrócił się od niego samego. Bo do kogo z jednej strony mówi się: "Odwróć swe oblicze od grzechów moich", do tego samego powiada się z drugiej: "Nie odwracaj swego oblicza ode mnie" (Ps 26,9). Odwraca, ponieważ nie bierze pod uwagę, bo jeśli bierze pod uwagę, to i unicestwi. Także sędziowie, gdy mają wydać wyrok na oskarżonych uznanych za winnych, podobno mówią" :Bierze się pod uwagę..." Aby Bóg nie czynił tego, co jest, aby nie brał pod uwagę, kierujemy do  niego słowa: "Odwróć swe oblicze od grzechów moich" A On, żeby nie uznawać [potępiając], nie rozpoznaje [przebaczając]. Tak samo, jak mówimy "szlachetny" a "nie będącego szlachetnym" nazywamy "nieszlachetnym", tak też powiadamy "znający" zaś "nie znającego" nazywamy "nie rozpoznającym". Lecz jeśli chcesz, żeby Bóg nie rozpoznawał, ty sam uznaj [swój grzech]. Grzech nie może pozostać bez kary; nie godzi się, nie wolno i nie jest rzeczą słuszną, by pozostał nieukarany. Skoro więc grzech nie powinien pozostać bez kary, ty bądź tym, który go ukarze, abyś sam zamiast niego nie został ukarany. Niech twój grzech ma w tobie sędziego, nie opiekuna. Przed trybunałem swego serca wystąp przeciw sobie i przed samym sobą się postaw jako oskarżony. Nie skrywaj się za samym sobą, aby Bóg nie postawił cię przed Sobą. Dlatego autor tego właśnie psalmu mówi, jaki jest najłatwiejszy sposób na uzyskanie przebaczenia: "Ponieważ ja uznaję moją nieprawość, a grzech mój jest zawsze przede mną" (Ps 50,5). Jakby mówił: "Ponieważ jest on przede mną, niech nie będzie przed Tobą, a ponieważ ja go uznaję, Ty go nie rozpoznawaj. Grzech zatem albo przez ciebie zostanie ukarany, albo przez Boga: jeśli przez ciebie, będzie bez ciebie, jeśli przez Boga, będzie wraz z tobą ukarany. Niech grzech ma w tobie mściciela, abyś w Bogu znalazł obrońcę. Powiedz: "Uczyniłem to". "Ja powiedziałem: O Panie, zmiłuj się nade mną! Uzdrów duszę moją, bo zgrzeszyłem przeciw Tobie!" (Ps 40,5)  Oto rzekł autor psalmu: "Ja powiedziałem". Ja nie szukam usprawiedliwienia dla mojego grzechu, kto zgrzeszył wobec mnie lub kto zmusił mnie do grzechu. Nie mówię" "Sprawił to przypadek" Nie mówię: "Tak chciało przeznaczenie". Wreszcie nie mówię: "Diabeł to sprawił". Albowiem i sam diabeł ma moc kuszenia, w końcu straszenia, a nawet, o ile Bóg mu pozwoli, powodowania poważnych szkód. Od Pana należy wypraszać męstwo, żebyśmy nie ulegli zwodzeniu, i żeby nie złamały nas przeciwności. Przeciw zwodzeniu i groźbom wroga niech da nam dwie cnoty: powściągliwość i opanowanie; powściąganie namiętności, aby nie zwiodły nas przyjemności; opanowanie strachu, aby nie złamały nas przeciwności. "Ponieważ wiem - powiada - że nikt nie może być powściągliwy, o ile Bóg mu tego nie użyczy" (Mdr 8,21), prosił więc Boga: "Stwórz we mnie, o Boże, serce czyste" (Ps 50,12) i "Biada tym, którzy stracili cierpliwość" (Syr 2,16). Dlatego nie staraj się nikogo oskarżać, abyś ty sam nie znalazł oskarżyciela, przed którym nie zdołasz się obronić. Bo przecież także nasz wróg diabeł, gdy się go oskarża, cieszy się. A w ogóle to chce, żebyś go oskarżał, chce wziąć na siebie wszelkie zarzuty, jakie formułujesz, bylebyś tylko zapomniał o przyznaniu się. Przeciw jego sztuczkom autor psalmu woła do Pana: "Ja powiedziałem, o Panie" (Ps 40,5). Na próżno czyja na mnie wróg, znam jego sztuczki, stara się pozyskać mój język, chce, żebym mówił: "Diabeł to uczynił". "Ja powiedziałem: O Panie..." Tak przewrotnie chce diabeł zwodzić dusze i odwraca je od lekarstwa, jakim jest przyznanie się; albo przekonuje je, żeby same się usprawiedliwiały i szukały kogoś innego, kogo mogłyby oskarżyć, albo przekonuje je, żeby, skoro już zgrzeszyły, wyzbyły się nadziei i przestały myśleć, że w ogóle mogą jeszcze uzyskać przebaczenie; albo też przekonuje je, że Bóg szybko wszystko przebacza, nawet jeśli człowiek nie wykazuje poprawy.
     3.  Spójrzcie, ilu rzeczy winno wystrzegać się serce człowieka, który odczuwa skruchę. Aby nie oskarżał drugiego, sam się usprawiedliwiając, niech wspomni słowa: "Ja powiedziałem: O Panie, zmiłuj się nade mną... Uzdrów duszę  moją, bo zgrzeszyłem przeciw Tobie". Aby nie zginął wskutek utraty nadziei, myśląc, że skoro zgrzeszył i zgrzeszył ciężko, nie może już być uzdrowiony i teraz właśnie może oddawać się namiętnościom, pozwalać ponosić się wszelkim żądzom i robić to wszystko, co mu się podoba, chociaż tego nie wolno. Jeśli nawet tak nie postępuje, to nie robi tego tylko wtedy, gdy lęka się ludzi. W istocie mentalnością swoją, przypomina gladiatora, ponieważ traci nadzieję na dalsze życie, robi wszystko, co tylko można uczynić, by nasycić swoją żądzę i pragnienie, postępuje tak, jak przeznaczony na ofiarę. Tacy ludzie giną, bo stracili nadzieję. Przeciw nim, albo raczej dla ich dobra, to jest przeciw takiemu sposobowi myślenia, Pismo Święte, zawsze czujne, powiedziało: "W dniu, w którym nawróci się występny i postępować będzie według sprawiedliwości, zapomnę wszystkie jego nieprawości" (por. Ez 18,21; 33,15). I oto dusza - wzmocniona przed nieszczęściem utraty nadziei, o ile uwierzyła w te słowa - napotyka kolejną pułapkę, i ta, która nie mogła zginąć, wskutek utraty nadziei, ginie z powodu [przesadnej] nadziei. Kim jest ten, kto ginie z powodu [przesadnej] nadziei?  Otóż mam na myśli człowieka, który w duchu sobie mówi: "Bóg przecież obiecał przebaczenie wszystkim, którzy odwrócą się od grzechów; w jakimkolwiek dniu się nawrócą, zapomni wszystkie ich nieprawości. A więc będę robił co mi się podoba. Potem, gdy zechcę, nawrócę się i wymazane mi zostanie to, co wcześniej uczyniłem. Cóż na to powiemy? Że nie jest prawdą, iż Bóg leczy człowieka, który odczuwa skruchę, gdy tylko ten się nawróci? Jest prawdą: Bóg puszcza w niepamięć wszystko minione. Jeśli temu zaprzeczymy, to znaczy, że zaprzeczamy istnieniu Bożej dobroci, w końcu poddajemy pod wątpliwość słowa proroków, wszczynamy walkę przeciw Bożym słowom, a to nie jest rolą wiernego sługi. 
     4.  Ktoś powołując się na te słowa może mi powiedzieć: "Otwierasz drogę dla grzechów, aby ludzie robili to, co chcą, bo obiecane im jest przebaczenie, obiecana bezkarność, gdy tylko się nawrócą".