środa, 19 listopada 2014

Św. Grzegorz Wielki - Moralia, ks. XIX

      Księga Hioba - jedna z najbardziej znanych ksiąg ST.  Jest ona od wieków źródłem inspiracji dla poetów, pisarzy, zwykłych ludzi. Dla teologów i dla buntowników. Dla tych wszystkich którzy szukają odpowiedzi na odwieczne pytania dotyczące kondycji człowieka.
      Komentarze do tej księgi pisali także Ojcowie Kościoła. Tym, który pozostawił po sobie jeden z najciekawszych komentarzy do ks. Hioba był papież św. Grzegorz Wielki. Oto co mówił o swoim wielkim poprzedniku inny papież Benedykt XVI w trakcie audiencji generalnej w dn. 4 czerwca 2008 r.:

    "... musimy przede wszystkim zauważyć, że w swoich pismach Grzegorz nigdy nie troszczy się o to, by przedstawić «swoją» naukę, wykazać swoją oryginalność. Pragnie raczej przekazywać tradycyjne nauczanie Kościoła; pragnie po prostu mówić w imieniu Chrystusa i Jego Kościoła na drodze, którą trzeba przemierzyć, by dojść do Boga. Wzorcowe pod tym względem są jego komentarze egzegetyczne. Był zagorzałym czytelnikiem Biblii, do której nie podchodził z intencjami czysto spekulatywnymi. Uważał, że z Pisma Świętego chrześcijanin powinien czerpać nie tyle czysto teoretyczną wiedzę, ile codzienny pokarm dla swej duszy, dla swego ludzkiego życia na tym świecie....Tę myśl Grzegorz rozwija także w Komentarzu do Księgi Hioba. Nawiązując do tradycji patrystycznej, analizuje on święty tekst, biorąc pod uwagę trzy wymiary jego sensu: wymiar dosłowny, wymiar alegoryczny oraz wymiar moralny, które składają się na jedno znaczenie Pisma Świętego. Jednak Grzegorz przyznaje wyraźną wyższość wymiarowi moralnemu. W tej perspektywie przedstawia on swoje przemyślenia, posługując się kilkoma znaczącymi dwumianami: wiedzieć — robić, mówić — żyć, znać — działać, w których przypomina o dwóch aspektach życia ludzkiego, które powinny się uzupełniać, ale często stają się przeciwieństwami. Ideał moralny — jak komentuje — polega zawsze na osiągnięciu harmonijnej syntezy słowa i działania, myśli i zaangażowania, modlitwy i oddania obowiązkom własnego stanu: oto droga do urzeczywistnienia tej syntezy, dzięki której pierwiastek boski zstępuje w człowieka, a człowiek wznosi się aż do całkowitego utożsamienia się z Bogiem. W ten oto sposób wielki papież kreśli dla prawdziwie wierzącego człowieka pełny program życia. Dlatego też Nauka o moralności, czyli wykład Księgi Hioba stanowi w średniowieczu swoistą summę moralności chrześcijańskiej.".
 http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/audiencje/ag_04062008.html

    Komentarz do Księgi Hioba  znany pod nazwą "Moralia" jest na tle innych komentarzy wyjątkowy. Jest chyba najbardziej obszernym komentarzem, a jednocześnie pomimo upływu 1500 lat od daty jego powstania - komentarzem niezwykle aktualnym. Oto jeden z fragmentów tego dzieła który zachowuje nadal swoją aktualność. Posłuchajmy więc papieża św. Grzegorza Wielkiego:

                     "Moralia"  - ks. XIX.

     IX, 15     "Podejmując swą przypowieść, Hiob dodał......(Hi 29,1)

      Przypowieścią nazywa się podobieństwo, dlatego jest oczywiste, że ten, o którym wspomniano, iż podjął przypowieść, mówi rzeczy tajemne ukryte pod zewnętrzną powłoką słów. Opowiadając o swych sprawach, zapowiada rzeczy, które mają się przydarzyć Kościołowi świętemu, a poprzez to, co sam cierpi, pokazuje, co i Kościół będzie cierpieć. Niekiedy bowiem tak dobiera słowa swej historii, że nic nie mówi alegorycznie; niekiedy zaś tak opowiada o swych cierpieniach, jakby mówił w imieniu cierpiącego Kościoła. W tej zaś ostatniej części swej mowy przedstawia ostateczne czasy Kościoła, kiedy będzie on wyszydzany i zmuszony do tego, aby znosić wywyższających się w nieokiełznanej pysze swych przeciwników, to jest wszystkich ludzi cielesnych, czy to heretyków, czy to pogan, których teraz stara się powściągać autorytetem swej mądrości. Dlatego w tejże przemowie powiedziano też: "A teraz śmieją się ze mnie młodsi wiekiem, których ojców nie uznawałem za godnych położenia pośród psów mej trzody" - Hi 30,1. Sama logika porządku nakazuje, aby ostatnie słowa błogosławionego Hioba oznaczały ostatnie dni Kościoła, kiedy to podczas rosnących prześladowań będzie on zmuszony znosić jawne głosy heretyków, którzy jawnie wypowiadając swe błędy, odkryją wówczas porywy swego serca, ukrywane teraz pośród zakamarków myśli. Teraz, jak mówi Jan, Smok jest uwięziony w otchłani, ponieważ diabelska niegodziwość ukryta jest w ich podstępnych sercach. Lecz, jak mówi się dalej, Wąż zostanie wyprowadzony z jamy swego więzienia, bo wszelki wężowy jad, który na razie jest ukryty wskutek lęku, wyleje się wtedy z serc nieprawych przeciwko Kościołowi. Teraz bowiem ukrywając się pod przymilnym językiem, a srożąc się w sumieniu i w przebiegłej niegodziwości, osłania się w pewnym sensie przepaścią obłudy. Teraz Pan, jak mówią słowa psalmisty, "gromadzi wody morskie jak w worze" - Ps 33,7.  Worem jest ziemskie myślenie. Wody morskie są więc gromadzone w worze, kiedy gorycz przewrotnego umysłu nie wylewa się na zewnątrz poprzez słowa pełne niegodziwej swobody. Przyjdzie oczywiście czas, kiedy ludzie występni i cieleśni będą jawnym głosem mówić przeciwko Kościołowi to, co teraz gotują skrycie w myślach. Przyjdzie czas, kiedy będą prześladować Kościół katolicki nie tylko niesprawiedliwymi słowami, lecz także okrutnymi karami.

      16 Kościół będzie znosić prześladowanie ze strony swych przeciwników na dwa sposoby, mianowicie albo słowem, albo mieczem. Gdy będzie znosił prześladowanie słowem, ćwiczyć się będzie w mądrości, gdy zaś mieczem - ćwiczyć się będzie w cierpliwości. Jednakże nawet teraz znosimy codzienne prześladowanie słowem ze strony heretyków, którzy to heretycy mamią nas podstępnymi językami i fałszywą pokorą. Natomiast prześladowania mieczem nastąpią przy końcu świata, aby ziarna, które mają być złożone w niebiańskich spichrzach tym rzetelniej zostały wyłuskane spośród plewy grzeszników, im bardziej będą uciskane. Wówczas wszyscy wybrani, którzy zostaną objęci ową młocką, wspomną na obecne czasy, w których Kościół zachowuje pokój w sprawach wiary i powściąga pyszne karki heretyków jarzmem rozumu, a nie siłą władzy. Wspomną o nas, którzy żyjemy w czasach spokojnych co do wiary; nawet jeśli jesteśmy nękani utarczką z poganami, to nie atakuje się nas w związku z nauką Ojców. Zatem błogosławiony Hiob, będący obrazem świętego Kościoła, który znajdzie się wówczas w takim utrapieniu i przypomni sobie, jak mówiłem, nasz spokój, opowiada swoją przeszłość, zapowiadając innym ich przyszłość, i mówi:

     X. 17  "Kto mi to da, bym był według dawnych miesięcy?" - (Hi 29,2)

     Wiele takich słów wypowie Kościół święty przygnieciony cierpieniami. Ma być bowiem dręczony takimi prześladowaniami, że z wielkim wzdychaniem tęsknić będzie do tych czasów, które my znosimy z wielkim bólem. Niechaj więc mówi, niech mówi za pośrednictwem błogosławionego Hioba: "Kto mi to da, bym był według dawnych miesięcy?" Skoro zaś miesiącami nazywa się określoną liczbę dni, cóż innego określa tu mianem miesięcy, jeśli nie zgromadzenia dusz? Dni połączone w miesiące ukrywają się, podobnie jak teraz Kościół święty ukrywa w sekrecie jaśniejące światłem prawdy dusze, które gromadzi. Niekiedy zaś miesiąc wyraża doskonałość, na przykład gdy prorok powiada: "Będzie miesiąc z miesiąca" - Iz 66,23, czyli doskonałe wytchnienie dla tych, którzy teraz osiągają doskonałość w działaniu. Wspomni więc Kościół o dawnej doskonałości, przypomni sobie, jakie korzyści przynosił duszom swą nauką i powie, dręczony prześladowaniami: "Kto mi to da, bym był według dawnych miesięcy?"

    Tekst pochodzi z: św. Grzegorz Wielki - "Moralia - komentarz do księgi Hioba", t. 4, s. 181-184, seria: Źródła monastyczne t. 63, wyd. Benedyktynów, Tyniec 2013     

sobota, 1 listopada 2014

Orygenes - Homilie o Księdze Liczb - Homilia 9



Najsłynniejszym egzegetą epoki patrystycznej jest bez wątpienia Orygenes. Jego spuścizna w postaci komentarzy do tekstów biblijnych jest wręcz oszałamiająca.  Wobec tekstu biblijnego zachowywał pokorę mając świadomość że nie jest to tylko tekst pisany ręką ludzką, lecz że "całe Pismo św. jest natchnione".
Najlepszą więc drogą do zrozumienia tekstu Biblii pozostaje modlitwa do Boga o dar zrozumienia:

     "Potrzeba pomocy Bożej, aby można było to wyjaśnić; żaden człowiek nie jest w stanie rozprawiać na ten temat, jeśli nie zostanie oświecony łaską Boża. A zatem wspomóźcie mnie modlitwami i współdziałajcie ze mną, aby w tekście tak niejasnym i tajemnym zechciał nam Pan ukazać światło prawdy, iżbyśmy zdołali wyjaśnić, że słowa te są prawdziwe, pożyteczne i boskie, ale ze względu na słabość ludzkiej natury zostały okryte tajemnicami i osłonięte symbolami" -  Homilia do Ks. Jozuego 20,4.

    Jedną z ciekawszych homilii jest Homilia 9 do Księgi Liczb. Orygenes dokonuje w niej egzegezy tekstu poświęconemu buntowi Koracha i jego zwolenników przeciw Mojżeszowi.  Tekst powyższej homilii brzmi niezwykle współcześnie, zwłaszcza w obliczu nieustannie podnoszonych zastrzeżeń wobec nauczania Kościoła. Warto więc zapoznać się z tekstem tej homilii,i dostrzec niezmienną aktualność tego tekstu biblijnego, tak jak dostrzegał ją Orygenes.

                                                         Homilia 9

        O kadzielnicach Koracha, o buncie ludu przeciwko Mojżeszowi i o laskach, wśród których                                                                  zakwitła laska Aarona.  

      1.  U Boga, jak dano do zrozumienia, nic nie jest niepotrzebne ani zbyteczne; przeciwnie, nawet to, co ludzie uważają za godne odrzucenia i odtrącenia, ma, jak się okazuje, pewne elementy sprawy koniecznie potrzebnej. Taka właśnie myśl poddaje nam dzisiejsza lekcja, która wspomina o kadzielnicach Koracha i innych , którzy razem z nim zgrzeszyli. Bóg nie każe odrzucić tych kadzielnic, lecz poleca wykonać z nich "cienkie blachy" i umieścić je wokół ołtarza (por. Lb 17,3). Pismo donosi, iż z rozkazu Bożego "Eleazar, syn kapłana Aarona, wziął miedziane kadzielnice, które przynieśli ci, co zostali spaleni, i wykonano z nich obręcze, i umieszczono je na ołtarzu, jako pamiątkę dla synów Izraela, aby żaden cudzoziemiec, który nie pochodzi z rodu Aarona, nie zblizał się, by składać kadzidło przed Panem, aby nie stało się z nim to samo co z Korachem i jego zgrają, zgodnie z tym, co Pan oznajmił przez Mojżesza (por. Lb 17,5).
     W pewnym miejscu Pan wyraźnie mówi przez proroka: "Moje zamysły nie są jak zamysły wasze, ani myśli moje nie są jak wasze myśli" - ( por. Iz 55,8). Gdyby dzisiaj sprawę tę osądzali ludzie, gdyby przywódcy Kościoła oceniali tych, którzy na przykład głosząc naukę różną od nauki kościelnej ponieśli karę pomsty Bożej, czyż nie sądzono by, iż wszystkie ich słowa, cała ich nauka oraz pozostawione przez nich pisma powinny zginąć razem z ich popiołami? Jednakże wyroki Boże nie są podobne do naszych wyroków. Posłuchaj bowiem, że nakazano, aby z kadzielnic należących do ludzi, którzy powstali przeciwko prorokowi Bożemu, uczyniono blachy i umieszczono je wokół ołtarza, Korach symbolizuje tych, którzy powstają przeciw wierze Kościoła i przeciw nauce prawdy. Napisano więc o Korachu i jego bandzie, że w miedzianych kadzielnicach złożyli kadzidło zapalone "obcym ogniem" - (por. Lb 26,61). Bóg więc nakazuje rozrzucić i rozproszyć "obcy ogień", natomiast co do kadzielnic, to "ponieważ zostały poświęcone - powiada - uczyń z nich cienkie blachy i umieść je wokół ołtarza, bo złożono je w ofierze dla Pana i są poświęcone" - (por. Lb 17,2). Moim zdaniem wskazuje to, iż owe kadzielnice, które Pismo nazywa "miedzianymi", symbolizuje Pismo święte. Heretycy umieszczając w tym Piśmie "obcy ogień", to znaczy wprowadzając w nie sens i znaczenie obce Bogu i prawdzie, ofiarowują Bogu nie miłe, lecz przeklęte kadzidło. Dlatego też kapłani stanowią symbol Kościoła; jeśli kiedy wydarzy się coś podobnego, to wszystko, co jest obce prawdzie, powinno zostać do cna wyrzucone z Kościoła Bożego; jeśli jednak wśród słów heretyków znajdą się jakieś stwierdzenia pochodzące z Prawa Bożego, to nie należy ich odrzucać wraz z tym, co się sprzeciwia prawdzie i wierze. To bowiem, co z Pisma Bożego pochodzi, jest ofiarowane Panu i uświęcone. 
      Można jednak również w inny sposób rozumieć polecenie, które nakazuje, by kadzielnice grzeszników zostały włączone do ołtarza i połączone z nim. Przede wszystkim nie bez znaczenia jest fakt, że nazwano je "miedzianymi". Gdy bowiem chodzi o prawdziwą wiarę i prawidłowe głoszenie Słowa Bożego, Pismo mówi o przedmiotach srebrnych albo złotych; blask złota oznaczać ma czystość wiary, a wybadane w ogniu srebro symbolizuje wypróbowane słowa. To zaś, co jest określane jako "miedziane", polega wyłącznie na dźwięku głosu, a nie na prawdzie ducha, i jest, jak stwierdza Apostoł, "jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący"  -(1Kor 13,1). Jeśli przeto postawimy owe "miedziane kadzielnice", to znaczy głosy heretyków, na ołtarzu Bożym, gdzie płonie boski ogień i gdzie głosi się prawdziwą wiarę, wówczas dzięki porównaniu z fałszem doskonalej zajaśnieje sama prawda. Jeśli bowiem umieszczę tu na przykład wypowiedź Marcjona, Bazylidesa albo jakiegoś innego heretyka i zbijać je będę niczym ogniem wziętym z boskiego ołtarza słowami prawdy oraz świadectwami zaczerpniętymi z Pism Bożych, to czyż przez takie porównanie nie okaże się wyraźniej ich bezbożność? Gdyby bowiem nauka kościelna była prosta, gdyby nie otaczały jej żadne twierdzenia pochodzące z nauk heretyckich, wiara nasza nie mogłaby się ukazać tak jasno i w sposób tak wypróbowany. 
     Naukę katolicką jednak otaczają ataki jej wrogów - po to, aby wiara nasza nie gnuśniała w bezczynnosci, lecz żeby się oczyszczała dzięki ćwiczeniom. Dlatego też Apostoł mówi: "Muszą zaś być i rozdarcia, aby się okazało, którzy są wypróbowani wśród was" - (1Kor 11,9) Oznacza to: trzeba otoczyć ołtarz kadzielnicami heretyków, aby dla wszystkich jasna i wyraźna była różnica, jaka zachodzi między wiernymi i niewiernymi. Gdy bowiem wiara kościelna zacznie błyszczeć jak złoto, a jej głoszenie zajaśnieje dla widzów jak wypróbowane w ogniu srebro, wówczas w tym większej hańbie i szpetocie głosy heretyków okażą się brudne jako nędzna, pozbawiona blasku miedź.
     Chcesz się przekonać, że to, co dobre, doskonalej można rozpoznać jako dobro dzięki porównaniu z tym, co gorsze? Któż by wiedział, że światłość jest dobra, gdyby nie znał nocnych ciemności? Któż by doceniał słodycz miodu, gdyby nie skosztował czegoś gorzkiego? Gdybyś wreszcie usunął diabła oraz wrogie moce toczące walkę przeciw nam, cnoty duszy nie mogłyby zajaśnieć nie mając przeciwnika. Tak samo chwała wiernych kapłanów nie mogłaby błyszczeć, gdyby jej nie uwydatniła nagana i kara, która spadła na niewiernych.  
     Również z tego, co czytamy (w Piśmie), wynika, że każdy sprawiedliwy otrzymuje u Boga większą chwałę dzięki porównaniu z resztą ludzi. Oto o Noem napisano, iż "był sprawiedliwy i doskonały wśród swego pokolenia"  (Rdz 6,9) . Wskazuje to, że nie był doskonały w sensie absolutnym, lecz był "doskonały" wśród swego pokolenia" - i przez porównanie z innymi został ogłoszony "sprawiedliwym". Sądzę, że podobnie trzeba myśleć i o Locie: im gorszymi bowiem stawali się z dnia na dzień mieszkańcy Sodomy, tym sprawiedliwszy okazywał się Lot. Tak samo i w tej księdze, którą mamy w dłoniach: gdy powrócili wywiadowcy badający ziemię, i dziesięciu z nich swoimi pełnymi trwogi słowami wywołało zwątpienie u ludu, a dwaj pozostali , to znaczy "Kaleb i Jezus"  - (por. Lb 14,6nn.) ogłosili dobrą nowinę i zachęcali lud do wytwania w postanowieniu, nieśmiertelną zasługę u Pana przyniosło im nie tyle ich własne wyznanie, ile raczej strach ich towarzyszy. Nie zajaśniałaby w nich przecież tak wspaniała cnota ducha, gdyby się nie ujawnił szpetny strach pozostałych dziesięciu.
     Powiedzieliśmy to na temat kadzielnic należących do tych, którzy zostali potępieni; kazano je zawiesić na ołtarzu, aby przez porównanie z gorszymi sprawiedliwi okazali się tym sprawiedliwsi. Chodziło równocześnie i o to, aby dać przykład potomnym, by nikt, owładnięty urojeniem zuchwałego ducha, nie obejmował godności kapłańskiej, której Bóg mu nie udzielił, lecz żeby ustępował miejsca temu, kogo powołała świadomość zasług i wola Boża, a nie ludzka ambicja, przekupna łaskawość czy potępienia godna hojność.  

    2.  Pismo powiada dalej: "I szemrali synowie Izraela przeciw Mojżeszowi i Aaronowi mówiąc: "Wyście wytracili lud Pana". I stało się, że gdy zgromadzenie napadło na Mojżesza i Aarona, oni uciekli do Namiotu Świadectwa, Namiot zaś okryła chmura, i ukazał się majestat Pana. A Mojżesz i Aaron weszli do Namiotu Świadectwa" (Lb 17,7). Nie czytaliśmy nigdy dawniej o tym, że "obłok okrył Namiot, że ukazał się majestat Pana" i że przyjął Mojżesza i Aarona w obłok; czytamy o tym dopiero teraz, gdy lud powstał przeciwko nim i chciał ich ukamienować. Dowiedzmy się stąd, jaki pożytek chrześcijanie czerpią z prześladowań, ile zyskują chwały, jak Bóg staje się ich obrońcą, jak obficie wylewa się na nich Duch Święty. Łaska Pana przychodzi z pomocą, wówczas, gdy podnosi się ludzka srogość, i wówczas znajdujemy pokój u Boga, gdy dla sprawiedliwości cierpimy wojnę wydaną nam przez ludzi. "Gdzie bowiem wzmógł się grzech, tam obficiej rozlała się łaska" - (Rz 5,20). A zatem "osłonił ich" obłok Namiotu, "zgromadzenie napadło na Mojżesz i Aarona, i objawiła się chwała Pana". Choćby Mojżesz i Aaron byli wielcy wskutek zasług życiowych, choćby jaśnieli cnotami ducha, chwała Boga nie mogłaby się im objawić, gdyby nie znaleźli się pośród prześladowań, wśród ucisków i niebezpieczeństw, a nawet niemal w obliczu śmierci. Nie sądź więc, że tobie może się objawić chwała Pańska podczas snu i bezczynności. Czyż Apostoł Paweł nie zasłużył na osiągnięcie chwały Bożej pośród niebezpieczeństw? Czyż nie mówi on, że poza wszystkim znalazł się "w udrękach, w trudacj, w więzieniach, że trzy razy był sieczony rózgami, raz kamienowany, trzykrotnie był rozbitkiem na morzu, zaznał niebezpieczeństw morskich, niebezpieczeństw od zbójców, niebezpieczeństw ze strony fałszywych braci" - (por. 2 Kor 11,23-27)? Im liczniejsze są owe niebezpieczeństwa, tym obfitszej chwały Bożej udzielają one tym, którzy je cierpliwie znoszą.

     3. "I rzekł Pan do Mojżesza i Aarona: "Oddalcie się od tego zgromadzenia, a wytracę ich w jednej chwili". Oni zaś upadli na twarz" (Lb 17,10).
     Niegdyś w Sodomie szukano zaledwie dziesięciu (sprawiedliwych), dzięki którym, gdyby ich znaleziono, mogliby zostać ocaleni mieszkańcy Pentapolis Sodomitów; tutaj natomiast; jeśli znajdzie się przynajmniej dwóch takich, jakimi byli Mojżesz i Aaron, wystarczy to, aby ocalony został też cały lud izraelski. Cóż zatem szczególnego było w tych dwóch? Jaka cnota, jaka zasługa uwalnia ponad sześćset tysięcy ludzi od zagłady zagrażającej ze strony zabójcy? Według mnie Mojżesz symbolizuje Prawo, które uczy ludzi wiedzy i milości Boga, Aaron zaś jest symbolem modlitw i błagań zanoszonych do Boga . Jeśli zatem zdarza się kiedyś, że Bog gniewa się na nas albo na cały lud, jeśli Pan wygłasza wyrok pomsty, ale Prawo Boże powróci do naszego serca napominając nas i pouczając, abyśmy skierowali się ku pokucie, czynili zadośćuczynienie za grzechy i modlili się za przewinienia, to natychmiast ustanie gniew, uspokoi się zapalczywość, a Pan zostanie przebłagany, tak jakby Mojżesz i Aaron wstawili się za nami i zanosili błagania za cały lud. Jeśli natomiast powstanie kiedyś gniew z oblicza Bożego, jeśli nastanie surowa kara za grzechy, a serca nasze staną się twarde, wskutek czego nie będziemy zwracali się do Pana i nie będziemy się uniżali przed Jego obliczem - (por. 2 Kor 3,16; Jk 4,10), ani słowami modlitwy nie będziemy łagodzili Jego gniewu, lecz, na odwrót, będziemy mówić: "Bóg nie troszczy się o życie śmiertelnych, ono nie obchodzi Boga, On nas dawno opuścił i sprawy nasze nie dochodzą do Jego wiadomości" - (Aluzja do poglądów epikurejczyków), jeśli tak myślimy w sercach naszych, jeśli takie słowa wychodzą z ust naszych, to z pewnością nie ma w nas Mojżesza i Aarona, czyli znajomości Praw i owoców pokuty, dzięki którym moglibyśmy się uratować od zagrażającej śmierci. To właśnie, jak sądzę, przydarzyło się ludowi, który żył przed nami, kiedy "wszyscy zbłądzili, wszyscy razem stali się nieużytecznymi i nie było takiego, co dobrze czyni, nie było ani jednego" - (Ps 13,3). Gdyby bowiem był ktoś taki, to Bóg oczywiście nigdy by ich nie opuścił.
     Również i my lękajmy się, aby coś podobnego nie stało się z nami. Lękam się bowiem owego zdania, gdzie Pan nasz i Zbawiciel , który wszystko wie z góry, stwierdza jakby z wahaniem: "Czy sądzisz, że Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie"?  - (Łk 18,8).
     A więc Mojżeszowi i Aaronowi nakazano oddalić się od zgromadzenia, aby zgromadzenie zostało w jednej chwili wytracone. Zobaczmy jednak, co inni robią: są święci, są doskonali, są raczej uczniami Ewangelii, aniżeli Prawa, i dlatego też "miłuję nieprzyjaciół swoich i modlę się za swych prześladowców" - (por. Mt 5,44). Otóż gdy tamci przychodzą, aby ich zabić, oni padają na twarz na ziemię.

     4.   "I rzekł Mojżesz do Aarona: "Weź kadzielnicę, włóż do niej ogień z ołtarza i rzuć kadzidła, a zanieś je szybko do obozu i módl się za nimi; Pan bowiem rozgniewał się i już zaczął niszczyć lud" - ( Lb 17,11).
     Skoro już doszliśmy do tego miejsca, pragnę przypomnieć uczniom Chrystusa o dobroci Bożej, aby nikogo z was nie wprawili w zakłopotanie heretycy, gdyby podczas dysputy twierdzili, że Bóg Prawa jest sprawiedliwy, a nie dobry, oraz że Prawo Mojżeszowe zawiera w sobie sprawiedliwość, ale nie dobroć. Niechaj więc ci, którzy na równi oskarżają Prawo i Boga, zwrócą uwagę, iż sam Mojżesz i Aaron wypełnili wcześniej to, czego później nauczała Ewangelia. Oto Mojżesz "miłuje nieprzyjaciół i modli się za swych prześladowców" - (por. Mt 5,44), a takiego przecież postępowania Chrystus uczy w Ewangelii. Posłuchajcie przecież, iż "padając na twarz na ziemię" modli się za tych, którzy powstali, aby ich zabić. Tak więc cnota ewangeliczna znajduje się w Prawie, a Ewangelie, jak się okazuje, wspierają się na fundamencie Prawa: jeśli zatem rozumiem Prawo w sposób duchowy, to nie nazywam go "Starym" Testamentem. Prawo jest Starym Testamentem jedynie dla tych, którzy chcą je pojmować cieleśnie: z konieczności Prawo stało się dla nich "stare" i zestarzało się, ponieważ nie może zachować swych sił. Dla nas natomiast, którzy rozumiemy je i wyjaśniamy duchowo, według sensu ewangelicznego, Prawo zawsze jest "nowe". Obydwa Testamenty są dla nas "nowe" nie ze względu na swój wiek, ale z uwagi na nowy sposób ich pojmowania. Czyż i apostoł Jan nie wyraża tej samej myśli w swoim liście, gdy tak mówi: "Synkowie, daję wam nowe przykazanie, byście się wzajemnie miłowali" - (J 13,34; por. 1 J 2,8; 3,23)? Wiedział przecież, że przykazanie miłości już dawno zostało wydane w Prawie! Ponieważ jednak "miłość nigdy nie ustaje" - (por. 1 Kor 13,8), a przykazanie miłości nigdy się nie starzeje, jest zawsze "nowe": przykazanie miłości bowiem wciąż czyni "nowymi" w duchu tych, którzy je zachowują i przestrzegają. Dla grzesznika natomiast i dla tego, który nie dochowuje układów miłości, nawet i Ewangelie się starzeją. Nie może też mieć "Nowego" Testamentu ten, kto nie "porzuca dawnego człowieka i nie przyobleka się w nowego, stworzonego przez Boga" - (por. Ef 4,22.24.).
     Mojżesz zatem zachęca wielkiego arcykapłana, aby ofiarował "kadzidło w obozie i modlił się za lud"; powiada: "Już bowiem lud zaczął być niszczony" - (por. Lb 16,46). Mojżesz widział w duchu, co się działo. Zobaczył, że Moc weszła do obozu, że niszczy i zabija grzeszników, i dlatego poleca arcykapłanowi, aby "wziął kadzielnicę, włożył do niej ogień z ołtarza, a umieściwszy w niej kadzidło wyszedł i stanął pomiędzy umarłymi i żywymi", aby nie postępowała dalej plaga, czy raczej zniszczenie - bo raczej taki sens ma to stwierdzenie Pisma. 

     5. Najpierw, jeśli pozwolicie, przedstawimy wam obraz historyczny, abyśmy po omówieniu wydarzenia historycznego mogli się zastanowić również nad sensem mistycznym tego zapisu. Zwróć więc uwagę, że lud izraelski został umieszczony w obozie wedle układu pokoleń i rodów. Zauważ dalej, że jakaś Moc wysłana przez Boga nie zabija ludu bezładnie, lecz że zaczyna go niszczyć poczynając od jednej strony. Zauważ, że śmiertelna rzeź posuwa się krok po kroku. Potem przybywa arcykapłan ubrany w szatę arcykapłańską i niosąc kadzielnicę z ogniem i kadzidłem zdąża na miejsce, do którego dotarła śmierć szerzona przez anioła-zabójcę. Arcykapłan zatrzymuje się w tym miejscu, gdzie śmierć zabiła już jednych ludzi i zagrażała następnym. Spójrz na arcykapłana, który stoi i jak gdyby własnym ciałem oddziela żywych od umarłych: moc jego przebłagania i tajemnica kadzidła zawstydziła anioła-zabójcę, i w tym momencie śmierć się skończyła, a przywrócone zostało życie.   
     Jeśli zrozumiałeś bieg wydarzeń historycznych i zdołałeś, że się tak wyrażę, zobaczyć na własne oczy, że kapłan stoi pomiędzy żywymi i umarłymi, wznieś się teraz na wyższe szczyty tego stwierdzenia i zobacz, jak prawdziwy Arcykapłan, Jezus Chrystus, wziąwszy "kadzielnicę" ludzkiego ciała oraz włożywszy do niej "ogień z ołtarza", to znaczy oczywiście ową wspaniałą duszę, z którą się urodził, i dodawszy "kadzidła", którym jest nieskalany duch, stanął pomiędzy żywymi i umarłymi i sprawił, że śmierć już dłużej się nie szerzy, lecz, wedle słów Apostoła, "pokonał tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to znaczy diabła"  - Hbr 2,14, po to, aby "ten, kto w Niego wierzy", nie umarł, lecz "żył na wieki"  - J 3,15.
     Taka więc była owa tajemnica, która miała się wypełnić później, a której przestraszył się już wtedy zabójca ludu. Znał bowiem symbol kadzielnicy, ognia i kadzidła. Przewidywał też, jaką ofiarę miał złożyć Bogu Ten, który "stanął pomiędzy umarłymi i żywymi". Tamtych ludzi ocalił wówczas symboliczny obraz, do nas zaś przybyło prawdziwe zbawienie w swej własnej postaci. Ów anioł-zabójca nie zawstydził się purpurowych szat arcykapłańskich utkanych z wełny i batystu; zrozumiał on, jakie w przyszłości będą szaty Wielkiego Arcykapłana, i ustąpił przed tym, co przewyższa wszelkie stworzenie. Sądzę jednak, że ów symbol spełnił się nie tylko podczas pierwszego przyjścia Pana i Zbawiciela naszego; wydaje mi się, że zostanie on zachowany w tej samej postaci również przy drugim Jego przyjściu. Syn Człowieczy przyjedzie bowiem powtórnie, a gdy przyjdzie, znajdzie bez wątpienia umarłych i żywych. Sprawę tę możemy rozumieć w ten sposób, że niektórych ludzi znajdzie w takim stanie życia, w jakim my teraz jesteśmy, podczas gdy inni poprzedzą nas jako umarli. Można jednak pojmować to jeszcze inaczej: za "umarłych" możemy uważać ciała, a za "żywych" dusze. Przypominam sobie jednak, że ci, co przede mną interpretowali ten tekst, "umarłymi" nazwali tych, których uznano za zmarłych w ich grzechach wskutek nadmiaru zbrodni, za "żywych" zaś uznali takich, którzy wytrwali w uczynkach życia. Jakby z tym jednak nie było, przecież i w przyszłości ten Wielki Arcykapłan, nasz Zbawiciel, stanie "między żywymi i umarłymi" także wówczas, gdy "postawi owce po prawej, a kozły po lewej stronie" i tym, którzy są po prawicy, powie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo przygotowane wam od założenia świata"  - por. Mt 25,33.34 itd. Do tych zaś, którzy są po lewej stronie, powie: "Wy, którzy dopuszczacie się nieprawości, idźcie w ogień wieczny, który Ojciec mój przygotował diabłu i jego aniołom, bo nie znam was" - por. Mt 25,41; Łk 13,27. A więc "umarłymi" są ci, którzy zostają posłani w ogień wieczny, "żywymi" zaś ci, których posłano do królestwa. 

     6. Pismo powiada: "I ustała plaga" (Lb 16,50), albo, jak czytamy w innym wydaniu Prawa: "Ustało zniszczenie"; to stwierdzenie lepiej pasuje do interpretacji prawdy. "Zniszczenie" bowiem dokonuje się jak gdyby w "glinianych naczyniach". Grzesznicy zatem stają się "glinianymi naczyniami", jak stwierdza to prorok Jeremiasz, który tak mówi w Lamentacjach: "Synowie Syjonu, którzy byli czcigodni i cenieni jak złoto, jakże są poczytani za gliniane naczynia, robotę rąk garncarza?" (Lam 4,2) . A Apostoł powiada: "W wielkim domu znajdują się naczynia nie tylko złote i srebrne, lecz i drewniane i gliniane: jedne do użtku zaszczytnego, a drugie do pohańbienia" (2 Tym 2,20) Naczynia gliniane są przeznaczone do pohańbienia, i one mogą zostać zniszczone. Przypatrzmy się jednak uważniej, co Apostoł mówi dalej o samych glinianych naczyniach: powiada on: "jeśli ktoś oczyści samego siebie z tego wszystkiego, będzie naczyniem zaszczytnym, poświęconym, pożytecznym dla Pana, przygotowanym do każdego dobrego czynu" (2 Tym 2,21). Wskazuje tutaj, jak się wydaje, iż naczynie, które powstaje, oraz ten, kto je wytwarza, są jedną i tą samą osobą. Zrozum więc, że tym, co działa, jest ludzka wola, pozostała zaś część człowieka jest owym naczyniem, które powstaje "dla użytku zaszczytnego albo ku hańbie". Kiedy więc nasz umysł wybiera to, co dobre, i pociąga nas ku dobremu postępowaniu, czyni nas pożytecznym naczyniem. Gdy zaś okaże lekceważenie i wola nasza odstąpi od dobra, stajemy się "naczyniem grzesznym na pohańbienie". Jeśli zatem nasz umysł jest gliniany, jeśli myśli wciąż o glinie i o ziemie, stajemy się naczyniem glinianym i wytworem rąk garncarza. I może dlatego właśnie człowiek taki zostaje zganiony przez Apostoła jako ten, kto mając gliniany i ziemski umysł zabiega o wielkie sprawy, o takie, których nie może osiągnąć, i mówi: "Dlaczego więc (Bóg) czyni jeszcze wyrzuty? Któż bowiem Jego woli może się sprzeciwić?" (Rz 9,19) Takiemu człowiekowi, jako naczyniu glinianemu, odpowiada Apostoł: "Kimże ty jesteś, człowiecze,  byś mógł się spierać z Bogiem? Czyż może naczynie gliniane powiedzieć temu, który je ulepił: "dlaczego mnie takim uczyniłeś?" (Rz 9,20)
     Oprócz tego w wypowiedzi Apostoła" Mające ten skarb w naczyniach glinianych" (2 Kor 4,7), "naczynie gliniane" oznacza albo nasze ciało. albo literę Prawa. Zdanie to można pojmować na dwa sposoby: że Pan przez Ducha Świętego udziela nam skarbu łaski, gdy przebywamy w ciele, i że w słowach Prawa, które wydaje się nędzne i godne lekceważenia, bo, jak się zdaje, nie są wygładzone sztuk a gramatyczną, "ukryty jest skarb mądrości wiedzy Bożej" (por. Kol 2,3) , tak iż słusznie można powiedzieć, że znajdują się w nich "ukryte skarby mądrości i wiedzy Boga".
    Tyle możemy powiedzieć o "zniszczeniu", które, jak wspomniano, "ustało". Teraz powiedzmy kilka słów również o następnym opowiadaniu, w którym umieszczono wzmiankę o laskach.


Tekst pochodzi z:  Orygenes - "Homilie o księgach Liczb, Jozuego, Sędziów"  Pisma Starochrześcijańskich Pisarzy t XXXIV cz. 1, wyd. ATK Warszawa  1986, s. 78 - 91   


                                                               

piątek, 11 lipca 2014

Ireneusz z Lyonu - O źródłach prymatu Rzymu

 Jednym z najciekawszych i ważnych świadectw dotyczących rozumienia prymatu biskupa Rzymu jest fragment dzieła żyjącego w II wieku biskupa Lyonu - Ireneusza. Ten pochodzący z Smyrny a więc z Wschodu uczeń św. Polikarpa , jednego z uczniów Apostolskich, pozostawił po sobie fundamentalne dzieło skierowane przeciwko gnostykom którzy bardzo mocno zagrażali jedności powstającego Kościoła poprzez swoją błędną naukę o Chrystusie.
Polemika z gnostykami była prowadzona bardzo intensywnie. Prym wiodło w tym środowisko aleksandryjskie, najlepiej do tego przygotowane intelektualnie. Ale  oprócz tego rodzaju przeciwstawiono się  rozpowszechnionym wśród gnostykom różnego rodzaju prywatnym "objawieniom"  istniejącą i już wtedy uznawaną za niezwykle ważną Tradycję Apostolską . Także Ireneusz w swoim dziele "Adversus haereses (Przeciw herezjom)"  - twierdzi, że prawdziwa wiara przetrwała w Kościołach założonych przez apostołów dzięki nieprzerwanej sukcesji apostolskiej.. To właśnie dzięki tej tradycji można być pewnym że jest to gwarancja prawdziwości nauki chrześcijańskiej w opozycji do podejmowanej przez gnostyków swoistej prywatyzacji wiary - a więc pozostawieniu pewnego marginesu dla indywidualnej interpretacji Objawienia
    Szczególne znaczenie Kościoła rzymskiego jako tego gwaranta ciągłości i niezmienności przekazu wiary polega bowiem nie tylko na tym  że można przekazać dokładny przebieg sukcesji biskupów, a tym samym jest więc jawnym wyrazem ciągłości apostolskiego nauczania. Ale ten autorytet to nie tylko na ciągłości nauczania, ale przede wszystkim na "założeniu" tego Kościoła przez apostolskie nauczanie Piotra i Pawła. Ważna jest ciągłość przekazywania władzy, ale jeszcze ważniejsze jest przekazywanie nauczania apostolskiego.
    Ks. Myszor  pisze: "Z dotychczasowych badań i analiz wynika w każdym razie dość jasno, że nie chodzi o autorytet jurysdykcyjny Kościoła rzymskiego. Kościół rzymski w ujęciu Ireneusza jawi się raczej jako wzór apostolskiego nauczania, "katolicki" w znaczeniu wzoru wszystkich Kosciołów "katolickich", które odwołują się do apostolskiego nauczania. Wydaje się rzeczą niemożliwą, aby inne Kościoły apostolskiego nauczania nie zgadzały się z jego nauczaniem".

    Przejdźmy w tym momencie do lektury odpowiedniego fragmentu z dzieła Ireneusza z Lyonu:

                                 Adversus haereses - ks. III, 2-3

     2. Tak właśnie czynią heretycy. Gdy bowiem powołujemy się na pisma apostolskie, oni podnoszą przeciwko nim rozmaite zastrzeżenia. Powiadają albo że tekst jest w danym przypadku niejasny, albo że odnośne pismo jest nieautentyczne, albo że cytowany ustęp można rozmaicie rozumieć, albo wreszcie, że tylko ten potrafi odgadnąć prawdziwą myśl zawartą w słowie pisanym, kto oprócz tego zna niepisaną tradycję. Jako uzasadnienie przytaczają słowa Pawła: "Mądrość głosimy między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata" - 1Kor 2,6., słowa niewątpliwie słuszne, tylko że przez ową "mądrość" każdy z nich rozumie co innego, mianowicie to, co sam wymyślił, lub raczej sobie uroił. Stąd też raz znajdują prawdę u Walentyna, innym razem u Marcjona, kiedy indziej u Cerynta, a jeszcze kiedy indziej u Bazylidesa lub nawet u jego adwersarza, oczywiście także heretyka. Każdy z nich bowiem jest tak bezczelny, że nie wstydzi się uważać siebie za jedyną normę prawdy.
     Kiedy zaś odwołujemy się do tradycji ustnej, przekazanej nam przez apostołów, a przechowującej się w Kościołach pod strażą kolejno po sobie następujących prezbiterów, wzruszają pogardliwie ramionami twierdząc, że sami są mądrzejsi niż wszyscy prezbiterzy razem wzięci, ba, nawet niż apostołowie, ponieważ wykryli rzekomo czystą, niesfałszowaną prawdę. Według nich bowiem apostołowie domieszali do autentycznych słów Pańskich szereg elementów przejętych z Prawa Starego Zakonu, co więcej, nie tylko apostołowie dostosowywali się do poziomu, wierzeń i upodobań swych słuchaczy, lecz nawet sam Pan przemawiał raz z pozycji czcicieli demiurga, innym razem z pozycji zwyczajnego, szarego człowieka, a tylko od czasu do czasu z pozycji tych wyjątkowych jednostek, które zdolne są wznieść się na szczyty doskonałej wiedzy. Oczywiście jest to bezwstydne bluźnierstwo; dowodzące, że nasi przeciwnicy nie zgadzają się z nami nie tylko gdy chodzi o Pismo święte, lecz także gdy chodzi o tradycję.
     Jak widzisz, mój drogi, musimy walczyć z ludźmi, którzy niby węże wyślizgują się, z jakiejkolwiek strony do nich podchodzimy. Toteż w polemice z nimi nie wolno nam pomijać żadnego aspektu, jeśli siłą argumentacji chcemy bodaj niektórych z nich sprowadzić na drogę prawdy. Przyznaję, że niełatwo wydobyć duszę ludzką z sideł błędu, gdy już w nie wpadła; z pewnością wszakże można niejedną przynajmniej uchronić przed zbłądzeniem, pokazując jej, jak wygląda prawda.
     3. Dostrzec zaś prawdę zdoła każdy człowiek dobrej woli, o ile tylko dobrze zapozna się z tradycją apostolską, głoszoną publicznie i jawnie we wszystkich gminach kościelnych na całym świecie. Otóż choć potrafimy wymienić biskupów, których w rozmaitych Kosciołach mianowali jeszcze sami apostołowie, choć potrafimy również wyliczyć ich następców, aż po nasze czasy, to jednak w żadnym wypadku nie stwierdzamy, by któryś z nich nie tylko nauczał, lecz nawet w ogóle słyszał kiedykolwiek coś z tego, o czym bredzą nasi heretycy. A przecież gdyby apostołowie znali jakieś ukryte tajemnice, zdradzane tylko po cichu i na osobności wybranym jednostkom, to chyba w pierwszym rzędzie przekazaliby je ludziom, których ustanawiali rządcami gmin kościelnych. Wiadomo bowiem, jak usilnie zabiegali oni o to, by ich następcami, a zarazem dziedzicami ich urzędu nauczycielskiego, byli ludzie możliwie najdoskonalsi, jako że od sprawowania się zależała albo wielka korzyść, albo wielka szkoda dla całego Kościoła.
     Oczywiście zbyt wiele miejsca zajęłoby w niniejszej księdze wyliczanie następujących po sobie hierarchów we wszystkich Kościołach; ograniczę się więc tylko do przedstawienia tradycji apostolskiej oraz nauki wiary, jaka drogą kolejnego następstwa biskupów dotarła do nas w największym, najstarszym, powszechnie znanym Kościele rzymskim, założonym i zorganizowanym przez dwóch najznakomitszych apostołów: Piotra i Pawła. Wystarczy to zupełnie do skompromitowania tych wszystkich, którzy czy z samolubstwa lub przez próżność, czy w zaślepieniu lub ze złej woli uprawiają robotę sekciarską. Z wymienionym bowiem Kościołem (rzymskim), jako przewyższającym wszystkie inne dostojnością swego apostolskiego pochodzenia, zgadza się na pewno cały Kościół, to jest wszyscy wierni na całym świecie, w sprawie przechowania tradycji odziedziczonej po apostołach.
     Tak więc zakładając i organizując Kościół w Rzymie, apostołowie powierzyli w nim władzę biskupią Linusowi, temu samemu, o którym wspomina Paweł w listach do Tymoteusza. Po Linusie nastąpił Anaklet, po nim zaś jako trzeci z kolei, objął biskupstwo Klemens, który jeszcze osobiście znał apostołów, utrzymywał z nimi stosunki i na własne uszy słuchał ich nauk, a więc był bezpośrednim świadkiem przekazywanej przez nich tradycji; nie on zresztą jedyny, bowiem wówczas żyło także wielu innych uczniów apostolskich. Gdy za tegoż Klemensa wybuchł w Koryncie ostry spór między braćmi, Kościół rzymski wysłał do nich nader poważny list, w którym usilnie nakłaniał ich do przywrócenia pokoju, a zarazem umacniał w wierze. List ten wyjaśniał między innymi również naukę świeżo właśnie przyjętą od apostołów, mianowicie, że jeden tylko jest Bóg wszechmogący, Stwórca nieba i ziemi, i człowieka, że On to zesłał potop i powołał Abrahama, wyprowadził lud wybrany z Egiptu i przemawiał do Mojżesza, dał Prawo i powoływał proroków, a także zgotował ogień wieczny diabłu i aniołom jego; że tego właśnie Boga uważają członkowie Kościołów za Ojca Pana naszego Jezusa Chrystusa. To wszystko może każdy człowiek dobrej woli wyczytać z listu Klemensowego, a tym samym poznać treść autentycznej tradycji apostolskiej, przechowującej się naówczas w Kościele (rzymskim), bowiem ów list jest starszy od wszystkich sekciarzy, którzy obecnie wymyślają ponad demiurgiem, czyli stwórcą wszechrzeczy, jeszcze jakiegoś innego Boga. Po Klemensie nastąpił Ewaryst, po Ewaryście Aleksander, po nim, jako szósty z kolei, objął stanowisko Sykstus, po nim sławny męczennik Telesfor, a dalej Hygin, Pius, Anicet, wreszcie Soter, obecnie zaś, jako dwunasty po apostołach jest biskup Eleuter. W takim to porządku, drogą nieprzerwanego następstwa dotarła do nas tradycja apostolska, z czego wynika wyraźnie, że dzisiaj wyznajemy tę samą zbawienną wiarę, jaką Kościół przejął od apostołów i pieczołowicie ją przechowując przekazał nam w nieskalanej postaci.
     Przy tej okazji nie mogę nie wspomnieć również o Polikarpie, człowieku, który nie tylko był uczniem apostołów i bezpośrednio obcował z ludźmi, którzy na własne oczy widzieli Pana, ale co więcej, przez tychże apostołów został ustanowiony biskupem Smyrny, w Azji. Znałem go sam, gdy byłem chłopcem, gdyż żył długo i dopiero jako podeszły w latach starzec zmarł chwalebną śmiercią męczeńską. Otóż ów Polikarp również zawsze głosił i przekazał Kościołowi tę naukę, którą przejął od apostołów i którą uważał za jedynie prawdziwą; jaka zaś ona była, świadczą o tym wszystkie Kościoły azjatyckie oraz następcy Polikarpa na biskupstwie. Podczas pobytu w Rzymie za papieża Aniceta, Polikarp skłonił wielu spośród wymienionych wyżej heretyków do powrotu na łono Kościoła zapewniając ich, że absolutnie nic więcej nie słyszał od apostołów ponad to, czego sam w Kościele naucza. Wiele tez osób pamięta jak opowiadał o Janie, uczniu Pańskim, że gdy ten wszedł pewnego razu do łaźni publicznej i zobaczył tam Cerynta, uciekł natychmiast tłumacząc, że boi się, by się łaźnia nie zawaliła, skoro przebywa w niej taki wróg prawdy, jak Cerynt. Innym znów razem samego Polikarpa spotkał Marcjon i zapytał go, czy go poznaje; na to biskup odpowiedział mu wprost: "Owszem, poznaję cię, ty pierworodny synu szatana". Oto, jak apostołowie i ich uczniowie wzbraniali się nawet parę słów zamienić z którymkolwiek z błędnowierców (...) Przechował nam się zresztą po Polikarpie wspaniały list do Filipian, z którego każdy człowiek dobrej woli, dbały o własne zbawienie, może sam, bezpośrednio stwierdzić, w co ten biskup osobiście wierzył i jakie prawdy wiary głosił.
     Nie mniej wiarygodnym świadkiem tradycji apostolskiej jest założony przez Pawła Kościół w Efezie, w którym, aż do czasów cesarza Trajana, przebywał Jan. 

    Tekst pochodzi z:  Marian Michalski - "Antologia literatury patrystycznej" t. 1, wyd. PAX Warszawa 1975, s.167-169
    Wincenty Myszor - "Święty Ireneusz o autorytecie Kościoła rzymskiego" w: Vox Patrum 24, Lublin 2004, s. 87-93  

wtorek, 8 lipca 2014

Najpiękniejsze nabożeństwo

     Jestem teraz w trakcie niezwykle fascynującej lektury. Jej autorem jest archimandryta Tichon. Książka nosi niezwykły tytuł: - "Nieświęci święci". Jednak w tym przypadku tytuł w pełni oddaje treść tej książki.
     Książka jest niezwykła nie tylko dlatego że jej autor jest przełożonym jednego z najbardziej znanych klasztorów w Moskwie, jest to zbiór opowiadań o zyciu mnichów spisanych przez kogos kto sam jest mnichem i jednocześnie uczestnikiem wielu opisanych wydarzeń. Niezwykłość tej książki polega na tym, że autor przenosi nad w realia Związku Radzieckiego i otwiera przed nami bramy jedynego klasztoru - monasteru Pskowsko-Pieczarskiego - który nie został zamknięty przez władze radzieckie. Dzięki temu zachowana została tutaj ciągłość tradycji życia mniszego. Jest to więc opowieść zarówno o życiu w tym klasztorze, tutaj autor spędził nowicjat i pierwsze lata swojego życia mniszego, ale także opowieść o życiu Cerkwi w latach kiedy ateizacja społeczeństwa była jednym z zadań państwa radzieckiego.

     Jedno z tych opowiadań chciałbym tutaj w fragmencie przytoczyć. Być może zachęci to czytelników do lektury tej niezwykłej książki. Nie jest to wielka literatura, ale jest to wielkie świadectwo wiary - ludzi żyjących w czasach gdy świętość musiała przybierać pozory nieświętości.


     "W czasach radzieckich nie było, niestety, bardziej przerażającego symbolu ruiny rosyjskiej Cerkwi niż monaster Diwiejewski. Monaster ten, założony przez świętego Serafina Sarowskiego, został obrócony w straszną ruinę . Wznosiła się ona nad ubogim radzieckim rejonowym ośrodkiem, w jaki przekształcono piękne niegdyś i radosne miasto Diwiejewo. Władze nie chciały zniszczyć monasteru do końca. Pozostawiły ruiny jako pomnik swego zwycięstwa, symbol wiecznego zniewolenia Cerkwi. Pod Świętą Bramą monasteru postawiono pomnik wodza rewolucji, który groźnie witał każdego przychodzącego do zrujnowanego monasteru.
     Wszystko tutaj mówiło o tym, że nie ma powrotu do przeszłości. Tak ukochane w całej prawosławnej Rosji proroctwa świętego Serafina o wielkim przeznaczeniu monasteru Diwiejewskiego zostały, jak się wydawało, na zawsze podeptane i wyśmiane. Nigdzie, ani w najbliższej, ani w dalszej okolicy Diwiejewa, nie pozostało nawet śladu czynnych świątyń - wszystkie zostały zburzone. A w sławnym niegdyś monasterze Sarowskim i w mieście wokół niego mieścił się jeden z najtajniejszych obiektów w Związku Radzieckim, nazywany "Arzamas-16". Tutaj produkowano broń jądrową.
     Duchowni, jeżeli nawet przyjeżdzali na tajne pielgrzymki do Diwijewa, to incognito, przebrani w świeckie ubrania. Ale i tak ich wykrywano. Tego roku, kiedy po raz pierwszy przyszło mi być w zniszczonym monasterze, aresztowano dwóch hieromnichów, którzy przyjechali pokłonić się diwijewskim świętościom, okrutnie ich pobito na milicji i przetrzymano piętnaście dni na oblodzonej podłodze.
     Tej zimy niezwykły, bardzo dobry mnich z Ławry Trójcy Świętej, archimandryta Bonifacy, poprosił mnie, żebym towarzyszył mu w podróży do Diwijewa. Według reguł cerkiewnych kapłan, wybierający się w daleką podróż ze Świętymi Darami - Ciałem i Krwią Chrystusa, powinien bezwględnie mieć przy sobie osobę towarzyszącą, żeby w nieprzewidzianych okolicznościach mogli razem bronić i strzec świętości. A ojciec Bonifacy akurat wybierał się do Diwiejewa, żeby udzielić Komunii św. przebywającym w okolicach monasteru starym mniszkom - ostatnim, które dożyły naszych dni od czasów tamtego, jeszcze przedrewolucyjnego monasteru.
........
     Zapadał już zmierzch, kiedy zbliżyliśmy się do celu naszej podróży. Za oknem samochodu w tumanach lutowej zamieci ze wzruszeniem rozpoznałem wysoką dzwonnicę bez kopuły i szkielety zrujnowanych świątyń. Mimo tak rozpaczliwego widoku, byłem wstrząśnięty niebywałą potęgą i tajemną siłą tego wielkiego monasteru. A poza tym - myślą o tym, że monaster nie zginął, ale żyje swoim niepojętym dla świata tajemnym życiem.
     Tak właśnie było! W podupadłej chałupce na peryferiach Diwiejewa zobaczyłem coś takiego, czego nie mogłem sobie wyobrazić w najśmielszych marzeniach. Ujrzałem Cerkiew, zawsze zwycięską i niepokonaną, młodą i radującą się w swoim Bogu - Dawcy wszelkiego dobra i Zbawicielu. Właśnie tutaj zacząłem pojmować wielką moc śmiałych słów apostoła Pawła: "Wszystko mogę w dającym mi moc Chrystusie!"
    A poza tym: na najpiękniejszym i niezapomnianym nabożeństwie cerkiewnym w swoim życiu byłem nie w jakimś wspaniałym katedralnym soborze, nie w słynącej swą posiwiałą starożytnością świątyni, ale w rejonowym miasteczku Diwiejewo, w chylącym się ku upadkowi domku przy ulicy Leśnej 16.
......
     Kiedy wraz z ojcem Bonifacym znalazłem się tu po raz pierwszy, zobaczyłem pokoik z niezwykle niskim sufitem, a w nim dziesięć staruszek, strasznie sędziwych. Najmłodsze miały w każdym razie grubo ponad osiemdziesiątkę. A starsze, odpowiednio, chyba ponad sto. Wszystkie miały na sobie proste ubrania, jakie noszą staruszki, zwyczajne chustki. Żadnych rias, mniszych apostolników czy kłobuków. No i co z nich za mniszki? "Takie zwyczajne babki" - pomyślałbym, gdybym nie wiedział, że te staruszki - to jedne z najmężniejszych naszych współczesnych, prawdziwe bohaterki, które przez długie lata i dziesięciolecia przecierpiały w więzieniach i łagrach. I mimo wszystkich przejść, tylko pomnożyły swoją wiarę i wierność Bogu.
     Byłem wstrząśnięty, kiedy na moich oczach ojciec Bonifacy, ten szanowany archimandryta, proboszcz świątyń w patriarszej siedzibie Ławry Świętej Trójcy, zasłużony i znany w Moskwie spowiednik, zanim pobłogosławił te staruszki, ukleknął przed nimi i złożył głęboki pokłon! Mówiąc szczerze, nie wierzyłem własnym oczom. A kapłan wstał i zaczął błogosławić staruszki, które kusztykając niedołężnie, po kolei podchodziły do niego. Widać było, że szczerze radują się z jego przyjazdu.
........
     Tymczasem rozpoczęto przygotowania do całonocnego nabożeństwa. Zaparło mi dech, kiedy mniszki zaczęły wyciągać ze swoich tajnych skrytek na prymitywnie sklecony drewniany stół autentyczne przedmioty, należące do świętego Serafina Sarowskiego. ... Te świętości po zniszczeniu monasteru przez dziesięciolecia przekazywani z rąk do rąk, od jednych diwiejewskich sióstr, do drugich.
     Ojciec Bonifacy ubrał się w szaty liturgiczne i aklamacją rozpoczął całonocne czuwanie. Mniszki od razu zareagowały i zaczęły śpiewać.
    Jakiż to był cudowny, zdumiewający chór!
    "Głos szósty! Wołam do Ciebie, Panie, usłysz nas!" - grubym, ochrypłym głosem zadeklamowała mniszka. Miała sro dwa lata. Około dwudziestu lat spędziła w więzieniach i na zesłaniu.
    I wszystkie wielkie staruszki zaśpiewały za nią:
    - Panie, wołam do Ciebie, usłysz nas! Usłysz nas, Panie!

     Było to nabożeństwo niemożliwe do opisania słowami. Płonęły świece. Święty Serafin Sarowski patrzył z ikony swoim nieskończenie dobrym i mądrym wzrokiem. Niezwykłe mniszki śpiewały przez niemal całe nabożeństwo z pamięci. Tylko czasami któraś z nich zaglądała do grubych ksiąg, uzbrojona nawet nie w okulary, tylko w olbrzymie szkło powiększające z drewnianą rączką. Tak samo odprawiały nabożeństwa w łagrach, na zesłaniu i po powrocie z więzień tu, do Diwiejewa, kiedy osiedliły się w ubogich lepiankach na peryferiach miasta. Wszystko to było dla nich zwyczajne, a ja rzeczywiście nie wiedziałem, czy jestem na ziemi, czy już w niebie.

    Te staruszki mniszki miały w sobie taką siłę duchową, tyle modlitwy, takie męstwo, łagodność, dobroć i miłość, taką wiarę, że właśnie tutaj, na tym nabożeństwie, zrozumiałem, że one pokonają wszystko. I bezbożną władzę z całą jej potęgą, i niewiarę świata, i samą śmierć, której zupełnie się nie bały."

    Tekst pochodzi z: Archimandryta Tichon - "Nieświęci święci" - wyd. "Bratczyk" Hajnówka 2013, s. 211 - 215
 



piątek, 6 czerwca 2014

Św. Augustyn - fragmenty o samobójstwie

       W dobie nieustannie podnoszonych głosów podważających nauczanie Kościoła dotyczące zwłaszcza obrony życia, a konkretnie sprzeciwu wobec aborcji i eutanazji pojawia się także kwestia stosunku Kościoła do samobójstwa. Dotyczy to szczególnie pytań o to jakie są źródła tego tak jednoznacznie negatywnego stosunku, zwłaszcza że trudno znaleźć fragmenty w Piśmie Świętym mówiące wprost o kwestii samobójstwa. Zdecydowany sprzeciw wobec samobójstwa wiąże się jednak z przykazaniem ogólnym: „Nie zabijaj!” (Wj 20,13; Pwt 5,17). Niedopuszczalność moralna samobójstwa staje się oczywista, jeśli rozważy się fakt jego całkowitej sprzeczności z biblijną koncepcją człowieka i życia, a zwłaszcza z nowotestamentowym pojęciem życia w Chrystusie.
       Pomimo niezmienności faktu iż nasze życie w sposób nieuchronny zmierza ku śmierci, to jednak dzięki Zmartwychwstaniu Chrystusa nasze życie zmieniło swój bieg. Oto teraz nasze życie zmierza ku zmartwychwstaniu. Poprzez chrzest jesteśmy powołani do życia w Chrystusie, życia którego nie niweczy śmierć fizyczna. Nasze życie nie jest już podporządkowany doczesnemu wymiarowi czasu , lecz jest zanurzone w kairos -  świętej chwili.
     Jesteśmy więc powołani do przejścia wraz z Chrystusem do Ojca. Tak jak pisze św. Paweł: -
" Nikt z nas nie żyje dla siebie; jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana. Po to bowiem Chrystus umarł i powrócił do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi". (Rz 14,7-9).
 Odebranie sobie życia a więc uczynienie siebie panem swojego życia, stoi w jaskrawej sprzeczności z chrześcijańską wizją życia, tak jak pisze św. Paweł, w Panu i dla Pana.

    Nic więc dziwnego, że już pisarze wczesnochrześcijańscy wypowiadali się w sposób zdecydowany na ten temat i odrzucali wszelkie usprawiedliwienia dotyczące aktu samobójstwa. Pierwszym Ojcem który w sposób bardzo obszerny wypowiedział się na ten temat jest św. Augustyn który w swoim dziele "O państwie Bożym" poświęcił problematyce samobójstwa sporo miejsca, zwłaszcza w ks. 1.
Przytoczę teraz dwa znamienne fragmenty:

                        Św. Augustyn  - "Państwo Boże" - ks. I, 20
        Nie ma żadnej takiej władzy, która by upowazniała chrześcijan do dobrowolnej śmierci dla
                                                          jakiejkolwiek przyczyny.

     Nie na darmo w kanonicznych księgach świętych nigdzie tego znaleźć nie możemy, żeby nam Bóg nakazywał lub pozwalał, chociażby nawet dla zdobycia samej wieczności szczęśliwej albo też dla uniknienia lub pozbycia się jakiegoś nieszczęścia, śmierć samym sobie zadawać. Przeciwnie, musimy wiedzieć o tym, że mamy to zabronione, skoro zakon powiada: "Nie zabijaj" tym bardziej, że nie jest tam dodane: "bliźniego twego", jak to mamy np. gdy ten zakon zabrania fałszywego świadectwa: "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu". Z tego jednakże nie wypływa, by ktoś uważał się za wolnego od tego grzechu, gdyby przeciwko sobie samemu fałszywe świadectwo głosił, ponieważ probierz miłości bliźniego bierze się z miłości siebie samego, gdyż napisane jest: "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego". Otóż gdy ktoś zeznaje coś fałszywego przeciwko sobie samemu, nie mniej jest winien grzechu fałszywego świadectwa, jak gdyby przeciw bliźniemu toż samo uczynił; jakkolwiek w przykazaniu zabraniającym fałszywego świadectwa jest ono zabronione przeciwko bliźniemu i przeto komuś, co źle rozumie to przykazanie, zdawać by się mogło, że przeciw sobie samemu może każdy fałszywie świadczyć. O ileż przeto więcej trzeba być przekonanym, że człowiekowi nie wolno zabijać siebie samego, skoro od tego zakazu, który brzmi: "Nie zabijaj" bez żadnego dodatku, nie może być oczywiście wyjęty i sam ten, któremu przykazanie dano! Stąd też niektórzy usiłują to przykazanie rozciągnąć nawet na zwierzęta i bydło, że niby wedle tych słów przykazania nawet żadnego stworzenia zabijać nie wolno. Ale wtedy dlaczegóż by nie miało się rozciągać do ziół i tego wszystkiego, co z ziemi żyje i w ziemi tkwi? Bo i ten rodzaj rzeczy, choć nie czuje, lecz żyje, jako się powszechnie mówi, a więc i umierać może, a tym samym, o ile do zadania śmierci siły używamy, może być zabity. Stąd też Apostoł o tego rodzaju nasionach mówiąc tak się wyraża: "Co ty siejesz, nie jest ożywione, zanim nie obumrze" - 1Kor 15,36, a w psalmie napisane jest: "Pozabijał winne latorośle ich gradem" - Ps 78,47. Czyż przeto słysząc słowa "Nie zabijaj" uznamy za coś złego wyrwanie krzaczka i w ten sposób niemądrze podzielać będziemy błąd manichejczyków? Precz odrzuciwszy te brednie w wykładzie słów "Nie zabijaj", jeśli uznamy, że to powiedzenie nie dotyczy roślin, nie posiadających żadnego czucia ani też istot nierozumnych czy to latających, czy pływających, chodzących lub pełzających, bo nie są nam równe rozumem, którego im nie dano (i dlatego mądrym rozrządzeniem Stwórcy i życie ich, i śmierć ku pożytkowi naszemu służyć mają) przyznać musimy, że powiedzenie "Nie zabijaj" dotyczy zabijania człowieka; ani innego człowieka ani siebie. Bo ten, co siebie zabija, nie co innego zabija, jeno też człowieka.

Po upływie wieków do takich samych wniosków doszli ojcowie soborowi i w treści  Konstytucji "Gaudium et spes" możemy przeczytać takie oto słowa:

  "Ponadto wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo ; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką, bardziej hańbą tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy." - KDK 27.

Nic więc dziwnego że  dalszej części swoich roważań św. Augustyn stawia takie oto pytanie:

                                                 "Państwo Boże" - ks. I, 22
       Czy oddanie się na śmierć dobrowolną może kiedykolwiek być cechą uczuć szlachetnych? 

     Tych, co się zbrodniczo na swoje życie targnęli, możemy jako tako podziwiać dla wielkiej ich odwagi, ale rozumu wielkiego tacy bynajmniej przez to nie okazali. Choć dobrze się nad tym zastanowiwszy, nie będziemy mogli chyba nazwać szlachetną odwagą, jeśli ktoś, nie mogąc znieść czy to jakiejś wielkiej przykrości czy cudzej niegodziwości, życie sobie odbiera. Więcej się tu w oczy rzuca słabość charakteru nie umiejąca znieść już to ciężkiej doli, która nad ciałem zawisła, już to głupiego sądu tłumu. I zaiste silniejszy jest taki charakter, co ciężką w życiu dolę cierpliwie raczej znosi, niżby miał od niej uciekać, i co sądami ludzkimi, szczególniej sądem tłumu, sądem przesłonionym zazwyczaj mrokiem fałszu, gardzi wobec światłości czystego sumienia swego. Wobec tego, jeśli by już ktoś dopatrywał się szlachetności duszy w czynie samobójczym to najprędzej by tak szlachetnym był ów Kleombrot, o którym powiadają, że przeczytawszy księgę Platona o nieśmiertelności duszy, rzucił się z muru na głowę i w ten sposób przeniósł się do tamtego życia, które za lepsze uważał. Bo go do tego nie skłoniły jakieś nieszczęsne losy czy zbrodnie prawdziwe czy urojone, których usunąc nie mogąc, sam się usunął; lecz wyłącznie szlachetność duszy sprawiła to, że na śmierć się odważył i potargał słodkie węzły życia tego. Był to wszakże czyn raczej wielki niż dobry, czego świadkiem mógłby dlań być samże Platon  , którego dzieła był czytał. Ten by z pewnością pierwszy i przede wszystkim to był uczynił, albo by przynajmniej czynić polecał innym, gdyby ten sam jego rozum, co dojrzał duszy nieśmiertelność, nie podyktował mu, że czynić tego nie należy, czynić tego nie wolno.
     Mimo to jednak wielu odbierało sobie życie, by się w ręce nieprzyjaciół nie dostać. Nam na razie nie chodzi o fakty, lecz - czy one godziwe były. Zdrowy rozum wyżej postawić musimy nad przykłady (przeciwne mu), zwłaszcza że i ze zdrowym rozumem zgadzają się przykłady, lecz takie przykłady, co tym godniejsze są naśladowania, im większa je pobożność odznacza. Nie czynli tego patriarchowie, nie czynili prorocy ani Apostołowie; sam Chrystus Pan tak samo, jak pouczył ich, iżby unikając prześladowania uciekali z jednego miasta do drugiego - Mat 10,23, mógłby był też ich pouczyć, żeby sobie śmierć sami zadawali, by się w ręce prześladowców nie dostać. Skoro jednakże tego Chrystus Pan nie rozkazał ani nie polecał, iżby w raki sposób opuszczali to życie wierni jego, ktorym przyrzekł przygotować przybytki wiekuiste po odejsciu z tego życia, to, niechby sobie nie wiem jakie przykłady przytaczali poganie nieznający Boga, pewnym to pozostaje, iż czcicielom jedynego i prawdziwego Boga tak postępować nie wolno".

  To nie jedyne fragmenty poświęcone ocenie aktu samobójstwa jakie możemy znaleźć w pismach św. Augustyna. Jak widać ocena tego aktu wynika z treści Objawienia - nie jest jedynie odzwierciedleniem kodu kulturowego, tym bardziej że poglady myślicieli pogańskich były w tej kwestii zróżnicowane - od akceptacji Epikur, Seneka, Marek Aureliusz po odrzucenie - Arystoteles. Dopiero chrześcijaństwo  w jednoznaczny sposób oceniło ten akt. Pociągnęło to za sobą także konsekwencje w postaci sankcji kanonicznych, uznawano bowiem tych ktorzy w sposób świadomy popełnili samobójstwo za grzeszników.
   Jednym z pierwszych świadectw takiego podejścia jest tekst jednego z kanonów wchodzacych w skład tzw. kanonów Ojców greckich. Jeden z zbiorów tzw. Kanony Tymoteusza (biskup Aleksandrii w latach 380-385)  jest ułożony w postaci pytań i odpowiedzi. Oto jaka odpowiedź została udzielona na następujące pytanie:

        14. Pytanie: Jeśli ktoś stracił rozum i targnął się na własne życie albo popełnił samobójstwo rzucając się z wysokości, czy można odprawić mszę w jego intencji, czy też nie?
             Odpowiedź: Duchowny powinien po dociekliwym badaniu rozstrzygnąć, czy denat, który popełnił ten czyn, naprawdę był pozbawiony rozumu. Często bowiem rodzina samobójcy, chcąc, aby odprawiono za niego mszę, kłamie twierdząc, że stracił rozum. Może się więc zdarzyć, że dopuscił się swego czynu pod wpływem zniewagi albo obelgi ze strony ludzi, a wówczas nie należy odprawiać mszy nad jego ciałem, gdyż jest samobójcą. Duchowny więc powinien przeprowadzić dociekliwe śledztwo, aby sam nie stał się winny.

    Tak rygorystyczne podejście Kościoła uległo zmianie i w chwili obecnej przepisy prawa kanonicznego stanowią co innego, ale to już  temat wykraczjący poza epokę Ojców. 

Teksty zaczerpnięto z:  Święty Augustyn - Państwo Boże -  wyd. Antyk, Kety 1998, s.45-48
                                     Canones Patrum Graecorum - wyd. WAM, Kraków 2009. s. 94  



 

poniedziałek, 19 maja 2014

Św. Damazy - papież stolicy apostolskiej

     Papieżem, który jako pierwszy na nieznaną dotąd skalę umocnił pozycję biskupa Rzymu jako papieża nie tylko na gruncie kościelnym ale także wobec władzy świeckiej był papież Damazy I - 366-384. Korzystając z dobrodziejstw edyktu tolerancyjnego rozpoczyna się bujny rozkwit Kościoła.  Niestety - owocuje to nie tylko rozlicznymi sporami doktrynalnymi, ale także konfliktami z władzą cywilną, a konkretnie z cesarzami uzurpującymi sobie prawo do rozstrzygania nie tylko sporów dyscyplinarnych ale także i doktrynalnych.
    Nie będę tutaj omawiał dziejów długiego jak na tamte czasy pontyfikatu chociaż jest on wyjątkowy. Po raz pierwszy bowiem pojawia się zjawisko które zostanie określone jako cezaropapizm - władza kościelna  znajduje się na tym samym poziomie co władza polityczna, wykorzystując pomoc władzy świeckiej w egzekwowaniu orzeczeń dotyczących sfery duchowej. Istotniejsze wydaje się jednak to co stało się na poziomie kościelnym.
   Kościołem, a zwłaszcza jego wschodnią częścią wstrząsały rozliczne herezje z arianizmem na czele. Damazy usilnie zabiegał o zachowanie jedności kościelnej i juz na początku swojego pontyfikatu na zwołanych w Rzymie synodach w roku 368 i następnie w  372 roku doprowadził do tego że biskupi Zachodu jednomyślnie zaakceptowali nicejskie wyznanie wiary oraz dokonano depozycji biskupów ariańskich. Inaczej wyglądała sytuacja na Wschodzie. Tutaj kwitł popierany przez cesarza Walensa arianizm. Nie znając zbyt dokładnie sytuacji na Wschodzie Damazy popełnia błędy, co owocuje wyrzutami pod jego adresem jakie wypowiedział chociażby  najbardziej zdecydowany przeciwnik arianizmu jakim był św. Bazyli.
    Pomimo tych problemów zasługą Damazego połączoną z poczuciem utrzymania jedności wiary było ogłoszenie na synodzie  jaki odbył się w Rzymie w r. 382 tzw.  Tomus Damasi. W dokumencie tym w 24 kanonach zgromadzeni na synodzie biskupi pod przewodnictwem Damazego po wstępnym przytoczeniu tekstu nicejskiego wyznania wiary, potepiają wszystkie ówczesne herezje. Tekst  możemy znaleźć tutaj:
http://jednoczmysie.pl/wp-content/uploads/2013/02/breviarium_-fidei.pdf

    Damazy był świadomy, że różnice teologiczne pomiędzy Wschodem a Zachodem zaczynają się pogłębiać, stąd też chciał uczynić stolicę rzymską  punktem odniesienia dla wszystkich chrzescijan w kwestiach doktrynalnych. Stąd też coraz częściej zaczyna wypowiadać się autorytatywnie przeciwko wszelkim odstępstwom od jedności wiary - przykładem tego jest cytowany powyżej dokument synodu rzymskiego.

    Największym jednak wyzwaniem dla Damazego była kwestia odniesienia się do treści kanonu uchwalonego przez biskupów zgromadzonych  w Konstantynopolu w roku 381. Sobór został zwołany przez cesarza Teodozjusza, pierwotnie jako synod biskupów wschodnich, bez pretensji do powszechności. Głównym celem były kwestie dyscyplinarne a także ponowne zaakceptowanie Credo nicejskiego.  Damazy nie uczestniczył w obradach Soboru ani też nie posłał tam swoich przedstawicieli, niemniej otrzymał uchwalone na nim postawienia wraz listem uczestników synodu, w którym informują papieża o postanowieniach Soboru i podają interpretację niektórych sformułowań wyznania wiary.
    W odpowiedzi na postanowienia  Soboru papież zwołuje na rok nastepny synod w Rzymie ma którym w cytowanym już Tomus Damasi,  potępiono wszystkie herezje, a następnie odniesiono się do uchwalonego na Soborze kanonu III, o następującym brzmieniu:

      "Biskup Konstantynopola powinien mieć honorowe pierwszeństwo po biskupie Rzymu, ponieważ to miasto jest Nowym Rzymem".

    Wniosek z tego kanonu nasuwa się więc jednoznaczny - prymat papieski zdaniem biskupów reprezentujących wschodnią część imperium na decyzjach synodu, a nie na osobie papieża. Oto jak przedstawia reakcję papieża w swoim opracowaniu ks. Krzysztof Tyburkowski:

      "Tak sformułowany kanon był oczywiście nie do przyjęcia przez Rzym, ponieważ wprowadzał do argumentacji teologicznej niebezpieczną zasadę politycznego znaczenia. Do tego momentu bowiem w strukturze kościelnej Konstantynopol był podporządkowany metropolii w Heraklei, teraz natomiast pretendował do bycia drugą po Rzymie stolicą biskupią, nie opierając się, z teologicznego punktu widzenia, na żadnym logicznym rozumowaniu. Z drugiej strony, gdyby zgodzono się na tego typu argumentację, to również prymat Biskupa Rzymu można byłoby uzasadniać politycznym znaczeniem miasta, które przecież było siedzibą imperatora. Takie wywody mogły więc nasuwać wniosek, że gdyby cesarz zechciał przenieść się na stałe do Konstantynopola, albo do jakiegokolwiek innego miasta, za nim musiałby iść także prymat kościelny. Rzym w swojej argumentacji prymatu nigdy nie brał pod uwagę osoby imperatora, ale zawsze odwoływał się do apostoła Piotra - skały, na której Chrystus zbudował swój Kościół".

    Reakcja Damazego była zdecydowana i po raz pierwszy w dziejach oparta na jasno wyrażonym przekonaniu o tym że prymat papieski jest nierozerwalnie związany z osobą apostoła Piotra i może opierać się wyłącznie na teologicznym uzasadnieniu.  Mówi o tym następny fragment decyzji podjętych na synodzie w Rzymie w roku 382: 

     [III.] Powiedziano też (o prymacie i stolicach patriarchalnych)

           [1] Po wszystkich wyżej podanych przez nas pismach prorockich, ewangelicznych i apostolskich, na których z łaski Bozej założony został Kościół katolicki, uznaliśmy za konieczne dodać i to, że chociaż powszechne kościoły katolickie rozlane po świecie są jedną komnatą Chrystusa, to jednak święty Kościół rzymski posiada pierwszeństwo wobec pozostałych kościołów nie na podstawie konstytucji synodalnych, ale otrzymał prymat z ust Pana naszego i Zbawiciele, który mówi w Ewangelii: "Ty jesteś Piotr, i na tej skale zbuduję mój Kościół, i bramy piekielne go nie przemogą; i tobie dam klucze królestwa niebios; i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, i cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie"  - Mt 16,18-19.
          [2] Dołącza się także towarzystwo błogosławionego Pawła Apostoła, naczynia wybranego, który nie w innym czasie, jak bają heretycy, ale w jednym czasie i w tym samym dniu został uwieńczony, umierając chwalebną śmiercią z Piotrem w Rzymie za cesarza Nerona; na równi wspomniany Kościół rzymski poświęcili Chrystusowi Panu i swoją obecnością oraz zwycięstwem godnym czci dają pierwszeństwo wobec wszystkich innych miast na całym świecie.
          [3]  Pierwsza jest Piotra Apostoła stolica Kościoła rzymskiego (Est ergo prima Petri apostoli sedis Romanae ecclesiae) , "który nie ma skazy ani zmarszczki, ani niczego podobnego" -Ef 5,27.
                Druga jest stolica Aleksandrii, uświęcona imieniem błogosławionego Piotra przez Marka jego ucznia i ewangelistę; on to skierowany przez Piotra Apostoła do Egiptu, głosił słowo prawdy i poniósł chwalebne męczeństwo.
               Trzecia pod względem czci jest stolica Antiochii błogosławionego apostoła Piotra, ponieważ tam właśnie mieszkał zanim przybył do Rzymu, tam też po raz pierwszy pojawiło się imię chrześcijan dla nowego ludu.

      Po raz pierwszy w argumentacji biskupów Rzymu pojawia się tutaj określenie "stolica apostolska" - "sedes apostolica"  - od tej pory jest to oficjalne określenie Rzymu jako siedziby papieży. ( Formalnie powyższe określenie po raz pierwszy zostało użyte w r. 354 przez papieża Liberiusza w liście do biskupa Euzebiusza z Verecelli ..."nullo genere a consoetio Sedis Apostolicae discrepasti" , tym niemniej dopiero od Damazego powyższe sformułowanie pojawia się w powszechnym użyciu).

     Jak widzimy Damazy stwierdza kategorycznie iż prymat Rzymu nie jest owocem ludzkich decyzji, gdyż wtedy byłby tylko stolicą w znaczeniu politycznym, a więc można przenięść wtedy stolicę do jakiegokolwiek innego miasta, ale jest to decyzja która pochodzi od Chrystusa i z tego powodu Rzym pozostaje na zawsze teologiczną stolicą chrześcijaństwa i to jest właśnie źródłem prymatu.
     Począwszy więc od Damazego Rzym w sposób jednoznaczny określił swoją pozycję w chrześcijaństwie. Od tej pory rozpoczyna się budowanie prymatu i związana z tym centralizacja.

Teksty zaczerpnięte z:  Dokumenty Soborów Powszechnych t. 1 - wyd. WAM  Kraków 2003, s. 72
                                     Acta Synodalia 381-431 - wyd. WAM  Kraków 2010, s  33
                                     Krzysztof Tyburkowski - Wkład Damazego w umocnienie władzy papiestwa w:
                                      Vox Patrum t. 46-47, wyd.  KUL Lublin 2005, s. 211 - 221